Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

„Rzymskie dolce vita” Penelope Green



Jeśli marzysz o spontanicznym wyjeździe do wymarzonego miejsca na ziemi i pozostaniu tam na zawsze, ale boisz się, zastanawiasz, szukasz pretekstów, bo przecież nie znasz dobrze języka, nie masz tam nikogo, kto poprowadziłby cię za rękę, a tu masz dach nad głową, dobrze płatną pracę (mimo że nie jesteś szczęśliwa), koniecznie musisz sięgnąć po tę książkę! Koniecznie! ;)

Autorka spisała w niej realizację swojego szalonego pomysłu związanego z wyprowadzką z Australii, zostawieniem świetnie płatnej pracy i zamieszkaniu we Włoszech (bez znajomości języka włoskiego). Jednak okazuje się, że jak się bardzo czegoś chce, o czymś się marzy, to musi się udać! I marzenia wcale nie muszą być rozsądne.

Prawie 30-letnia Penelope zajęła mieszkanie o niskim standardzie (w porównaniu z lokum, które miała w Australii), pracowała w knajpach (zostawiając jedno z najpopularniejszych w Australii pism, gdzie zajmowała stanowisko, którego niejeden by jej pozazdrościł), zarabiała niewiele (w porównaniu z dotychczasową pensją), ale BYŁA SZCZĘŚLIWA! Wielu może postukałoby się w głowę nie widząc w tym logiki i nazywając to głupotą. Ale wielu z nich to ludzie, którzy boją się marzyć, podejmować ryzyko pozostając przez całe życie w swojej złotej klatce nieszczęśliwi i niespełnieni. Penelope postanowiła jednak zaryzykować, rozwinąć swoje skrzydła i polecieć w stronę swoich marzeń. We Włoszech codziennie budziła się szczęśliwa, rozkoszowała się widokami i cieszyła wspaniałymi smakami włoskiej kuchni.

Moja ocena: 6/6

„Biała Masajka” Corrine Hofmann


Są książki, o których ciągle myślimy, nawet, gdy od dnia, w którym skończyliśmy je czytać, minęło sporo czasu. Obrazy i historie, którymi żyliśmy, ciągle do nas powracają i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Taka jest „Biała Masajka”. Nie musiałam czekać do trzeciego czy piątego rozdziału, żeby mnie wciągnęła. Nie mogłam się od niej oderwać już po kilku pierwszych stronach.

Książka była tak autentyczna, że miałam wrażenie jakbym to ja przeżywała tę miłość, cierpienie i walkę o życie. Akcja potoczyła się bardzo szybko, dlatego też książka nie nudziła mnie nawet przez chwilę. Autorka nie wstawiała długich opisów przyrody, a mimo to miałam wrażenie, że dokładnie widzę jak wygląda Afryka, czuję jej zapach i atmosferę. To było niesamowite przeżycie. Przez cały czas wydaje mi się jakbym rzeczywiście odbyła tę podróż po czarnym lądzie, była zakochana do szaleństwa w Masaju, chora na malarię, głodna, walcząca o kawałek chleba, a chwilami śmiertelnie zmęczona.

Cztery lata w buszu opisane przez kobietę, która przeszła przez niebo i piekło, zawsze pozostaną w mojej pamięci…


Moja ocena: 6/6

wtorek, 5 maja 2015

"Wtorki z Morriem" Mitch Alboom


Ta książka podobno zmieniła życie wielu ludzi na całym świecie. Mojego nie zmieniła. Może dlatego, że zawsze wyznawałam swoje wartości, nawet wbrew temu co mówił świat. Wiele osób jednak daje się wciągnąć w te kłamstwa, które promuje świat, chłoną je jak gąbka, a potem się w tym wszystkim gubią.
Jednak zawsze tak jest, że w wartościowej książce zawsze znajdujemy coś dla siebie, choćby jedną myśl. Coś, czego jeszcze nie odkryliśmy, czego sobie nie uświadomiliśmy albo co umknęło nam gdzieś w tym codziennym biegu przez życie. I tak też było w moim przypadku.

Czytałam wiele dużo lepszych książek niż „Wtorki z Morriem”, co nie oznacza, że ta jest kiepska. W tym świecie, gdzie większość goni za lepiej płatną pracą, lepszym samochodem itd., a zapomina o tym, co najważniejsze, powinien tę książkę przeczytać.


Moja ocena: 3/6

sobota, 31 stycznia 2015

„Zaklinacz czasu” Mitch Albom





Kiedy miałam zabrać się do czytania książki, byłam podekscytowana. Jednak ze strony na stronę mój entuzjazm opadał i czułam się coraz bardziej rozczarowana.

„Zaklinacz czasu” nie jest według mnie złą książką, ale dobrą też nie jest. Początkowo byłam znudzona jej treścią, ale nie na tyle, żeby odłożyć ją na półkę i już nigdy do niej nie wracać. Postanowiłam dać jej szansę i dotrwać do połowy. Stwierdziłam, że jak do tego czasu mnie nie wciągnie, nic już z tego nie będzie. Ku mojemu zdziwieniu „Zaklinacz” zaczął mnie wciągać, kiedy przebrnęłam przez kilkadziesiąt pierwszych stron. Książka przeciętna, nie powala na kolana i nie sprawia, że pragnę mieć ją w swojej biblioteczce. Jednak póki co ją mam i chętnie odsprzedam :)


A co mogę napisać o „Zaklinaczu czasu”? Że uświadamia jak błędne jest czasem nasze myślenie. Jak swoim nieprzemyślanym i egoistycznym zachowaniem możemy nieświadomie skrzywdzić najbliższe osoby. Książka ukazuje również jak bardzo jesteśmy uzależnieni od mierzenia czasu, co zamiast nam ułatwiać życie, utrudnia je, chwyta w sieć, która osacza nas z dnia na dzień, z godziny na godzinę i z sekundy na sekundę coraz bardziej…

Moja ocena: 3/6

piątek, 14 listopada 2014

„W Chinach jedzą księżyc” Miriam Collee


Przeczytałam tę książkę bardzo szybko, ale nie mogłam się zebrać, żeby coś o niej napisać. Lubię przelewać na papier swoje emocje zaraz po skoczeniu ostatniej strony, ale tym razem mi się to nie udało. Minęły jakieś dwa miesiące i po tym czasie pozostało we mnie kilka odczuć związanych z lekturą…

Wspominam ją bardzo pozytywnie. Jest napisana świetnie -  nie mogłam się od niej oderwać. Cieszę się, że Miriam Collee zdecydowała się opisać część swojego życia po przeprowadzce do Chin. Wielu z nas ma równie ciekawe historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego, a szkoda.

Zmagania Niemki z życiem w Chinach i z jej mieszkańcami są jak zmagania każdego z nas z chińskim sprzętem. Ogólnie nie wygląda najgorzej i jest dość tani, ale jak się zaczniesz wdrażać w jego obsługę, to okazuje się, że nie działa tak jak powinien, odpada guzik, brakuje śrubki, w zestawie jest coś innego niż pokazuje opakowanie i nie ma nikogo, kto byłby za to odpowiedzialny. To tak w skrócie  ;)

Myślę, że nie ma sensu opisywać nawet części historii opowiedzianej przez autorkę, bo straci swój urok. Najlepiej sięgnąć po książkę i posmakować Chin.

 „W Chinach jedzą księżyc” chciałabym kiedyś przeczytać jeszcze raz. Dopisałam ją do listy książek, które chciałabym mieć w swojej biblioteczce i mam nadzieję, że niedługo tak się stanie.

Moja ocena: 6/6

wtorek, 23 września 2014

„Dziecko Noego” Eric-Emmanuel Schmitt



To, co przeżyjemy w dzieciństwie, zostaje w nas na zawsze. Magia tego okresu powraca w miejscach, zapachach, melodiach, uczuciach… I trudno niekiedy opisać te wspomnienia, bo mają w sobie coś niezwykłego, co powoduje, że robi się ciepło na sercu, uśmiech na twarzy, motyle w brzuchu i tęsknotę za tym, co już nigdy nie wróci.

Dzieciństwo Josepha, mimo że nie było usłane różami, było w pewnym sensie szczęśliwe. Odłączony od rodziców, w tym okresie, kiedy dziecko ich najbardziej potrzebuje, wojna, życie w strachu w obskurnej willi ojca Ponsa, nie było jego marzeniem. Jednak ogrodzenie tego domu dziecka stało się z czasem dla Josepha bezpiecznym schronieniem. Ojciec Pons okazał się nie tylko opiekunem ale i duchowym przewodnikiem. Chłopak, któremu został powierzony pod opiekę w sierocińcu był nie tylko koniecznym złem ale z czasem stał się bratnią duszą i przyjacielem na zawsze.

Niemożliwe może nam się wydawać to, że Joseph po odnalezieniu rodziców nie chciał wrócić z nimi do domu, ale pragnął zostać w sierocińcu z ojcem Ponsem i tym, co do tej pory dawało mu poczucie bezpieczeństwa i stało się częścią jego życia. Nie chce rozstawać się z tym wszystkim, co jest związane z jego dzieciństwem. Ale większość z nas tęskni za okresem, kiedy miał kilka i kilkanaście nawet, choćby za jego fragmentami. Za beztroską, przyjaciółmi na śmierć i życie, uśmiechem babci, bujanym fotelem, smakiem konfitur, zabawą na świeżym powietrzu mimo że czasem porządnie się zmokło, szkołą mimo że czasem przyniosło się dwóję, tatą, który mimo że kochał, czasem dał klapsa. Każdy ma inne wspomnienia z tego okresu, ale niezależnie od tego czy  chodziliśmy głodni czy najedzeni, czy mieliśmy nowe czy stare trampki, do dzieciństwa mamy sentyment. Także Joseph nie chce tego tracić, nawet wiarę chce zmienić, bo czuje, że tylko Bóg, którego pokochał jako chłopiec, z którego poznawaniem wiązała się cała magia  dzieciństwa, będzie jego Bogiem na zawsze. Niestety musi zerwać z tym okresem wyjeżdżając, przyjmując wiarę swoich przodków i zaczynając nowy etap w swoim życiu...

Moja ocena: 4/6

niedziela, 22 czerwca 2014

"Błękitny chłopiec" Rakesh Satyal



Książka mignęła mi kiedyś między półkami w empiku, a po kilkunastu miesiącach trafiła w moje ręce. Nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę ją czytać. Czułam się jak dziecko, które biegnie do swojego pokoju, by otworzyć największy prezent urodzinowy i sprawdzić co tam jest.

Wydawało mi się, że zarówno okładka jak i i tytuł skrywają w sobie jakąś tajemnicę. I skrywały, ale inną niż myślałam. Podróż do świata indyjskiego chłopca okazała się monotonna, wyczerpująca i usypiająca. Czekałam na zapachy indyjskich przypraw i smaki indyjskiego życia przemykające dyskretnie przez ciekawą historię, ale ledwo przebrnęłam przez połowę książki i miałam dosyć.

Nic mnie przy niej nie chciało zatrzymać - ani bohater, który nie może się odnaleźć wśród rówieśników, bo po części czuje się dziewczynką a po części bogiem, ani jego opowieść, która jest nijaka, nie trzyma w napięciu i nie przyciąga żadną magią, zagadką, niczym...

Błękitny chłopiec zaprasza do swojego świata wielkimi czarnymi oczami z okładki książki, ale ten świat rozczarowuje. Jest nudny i przewidywalny. Na więcej słów szkoda mi czasu, bo w kolejce czeka mnóstwo ciekawych książek.

Moja ocena: 2/6

"Doskonały dzień" Richard Paul Evans



Historia o człowieku, który postanawia spełnić swoje marzenia i wydać książkę. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak książka wciąga i nie można się od niej oderwać. "Doskonały dzień" z pewnością porwie wszystkich, którzy marzą o karierze pisarskiej (można się dowiedzieć jak to wszystko wygląda od kuchni i że tak naprawdę nie jest to takie wspaniałe jak wielu się wydaje). To również powieść dla każdego, kto szuka pięknej i mądrej historii o życiu, miłości, podejmowaniu decyzji i wybieraniu właściwej drogi. Książką zachwyci się każdy, kto w życiu trochę się pogubił, utknął w martwym punkcie, stracił to, co najcenniejsze, boi się przyznać do błędu i prosić o wybaczenie.

Prosta historia, która niesie ze sobą kilka mądrości życiowych, które znamy, ale o których często zapominamy w codziennej pogoni za tym, co niekoniecznie jest najważniejsze...

Tak szczerze, to myślałam, że to będzie jakaś banalna historyjka i z jednej strony taka była, a z drugiej miała w sobie coś niezwykłego. Co? Sprawdźcie sami :)

Moja ocena: 4/6

sobota, 26 kwietnia 2014

"Portrety i obserwacje. Eseje" Truman Capote



Książka z jednej strony wciągająca, z drugiej nudna. Zależy który esej się czyta i co kogo interesuje. Jedni znajdą w niej subiektywne opisy krajów, miast i dzielnic, w których Capote mieszkał przez jakiś czas, które zwiedzał lub przez które przejeżdżał. Innych (jak na przykład mnie) bardziej zainteresują teksty dotyczące znanych osób i samego autora.

Czytanie „Esejów” to jakby przeniesienie się do czasów Trumana Capote i obserwowanie świata jego oczami. On nie lubił kadzić innym i fałszywie się uśmiechać, by zyskać czyjeś uznanie. Wolał pisać to, co myśli i nie przejmował się tym, co powiedzą o nim inni (chyba że chodziło o jego pisarstwo). Obracał się w kręgach artystów, dzięki czemu mógł wiele zaobserwować. A jaka była reakcja tych, o których nieprzychylnie pisał? Możemy się tylko domyślać.

Coco Chanel, Marylin Monroe, Charlie Chaplin, Louis Armstrong czy Elizabeth Taylor, to tylko niektóre osoby, jakie znał i opisał Truman Capote. Mnie najbardziej zainteresował esej dotyczący samego autora pt. „Portret własny”, który mówi o jego  upodobaniach, miłości do czytania i filmów oraz „Przedmowa do „Muzyki dla kameleonów””, w którym pisze o swojej drodze jako pisarza, o tym, w jaki sposób szlifował warsztat, by dojść do perfekcji i móc wydawać swoje teksty na łamach największych tytułów tamtych czasów.

„Portrety i obserwacje” można przeczytać od deski do deski albo wybrać sobie tylko kilka esejów i zanurzyć się w nie w wolnej chwili…

Moja ocena: 4/6

wtorek, 1 kwietnia 2014

"Dom z kwiatów" Truman Capote



Truman Capote jest znany głównie jako autor "Śniadania u Tiffany’eg", ale ja dziś nie będę się zajmować tą książką, ponieważ w przeciwieństwie do wielu osób, nie zachwyciłam się nią. Bardziej spodobało mi się jedno z opowiadań tego autora – "Dom z kwiatów".

Jest to historia dziewczyny, która pracuje w miejscu zwanym Pola Elizejskie. Przyjmuje tam klientów, którzy obsypują ją drogimi prezentami. Żyje jak w złotej klatce, która jest dla niej bezpieczna, w której ma wszystko, czego potrzebuje. Przebywa w świecie, który tak naprawdę składa się z nocy spędzanych z mężczyznami, do których nic nie czuje. Dom publiczny staje się jej domem.

Przychodzi jednak taki dzień, kiedy spotyka mężczyznę swojego życia. Pierwszy raz zaczyna czuć, że kogoś pokochała, a ktoś pokochał ją. Z dnia na dzień decyduje się zostawić Pola Elizejskie i przenieść z ukochanym mężczyzną do domu na wsi, do domu z kwiatów. Zdejmuje złote sandały, by chodzić boso, zdejmuje perły i drogocenne ubrania, żeby przebrać się w zwyczajny strój. Czuje, że ten świat, od którego odeszła nie jest jej już potrzebny. Miłość zastępuje jej wszystko i daje nawet dużo więcej. Chowa jednak ubrania do szafy tak jakby zatrzymała je na wszelki wypadek. Co się stanie, kiedy przyjdą po nią przyjaciółki z Pół Elizejskich i będą nakłaniać, żeby wróciła? Czy gdy włoży znowu drogie ubrania i biżuterię zatęskni do tamtego świata? Przekonajcie się sami.

"Dom z kwiatów" opowiada trochę o każdym z nas, o naszych marzeniach, o nowym, lepszym życiu, ale również o strachu, który w sobie nosimy, gdy to "nowe" nadchodzi i chce nas porwać...

Opowiadanie jest dołączone do "Śniadania u Tiffany’ego" Trumana Capote wydanego przez Wydawnictwo Albatros w 2010 roku.

Moja ocena: 4/6


środa, 12 lutego 2014

"Ocean na końcu drogi" Nail Gaiman


Idź drogą do samego końca. I co widzisz? Kałużę? Nie, to nie kałuża. To ocean. Ocean na końcu drogi. Tak widzą świat dzieci i niektórzy dorośli (naprawdę tylko niektórzy). Jeśli i Ty chcesz spojrzeć na świat oczami dziecka, nie możesz pominąć tej pozycji Gaimana.

Nie wiem czy sięgnęłabym po tę powieść, gdyby nie zachwyciła mnie okładka. Nie mogłam przejść obok niej obojętnie, a później oderwać od niej wzroku. Gdy po dłuższym czasie odłożyłam ją na półkę, prześladowała mnie w myślach, oplotła je jak pajęcza sieć, zauroczyła mnie i zaczarowała...

Tę opowieść o dziecięcej wyobraźni, wrażliwości, lękach i zmartwieniach można określić jako baśń z elementami koszmaru sennego. W świecie dziecka to, co kreuje wyobraźnia przenika rzeczywistość i małemu człowiekowi trudno czasem ocenić, co było prawdą a co nie, co wydarzyło się naprawdę, a co tylko przyśniło albo przywidziało.

Książka dziwna, chwilami niezrozumiała, innym razem znajoma a jednocześnie daleka i obca. Trochę jakby mar senny sprzed wielu lat. Kiedy czytałam "Ocean na końcu drogi", miałam chwilami wrażenie, że jestem w jakimś mrocznym baśniowym świecie, z którego czasem niewiele rozumiałam, ale gdy tylko odkładałam książkę, po chwili znowu chciałam wrócić do tego świata. A gdy przeczytałam ostatnią stronę wcale nie zakończyłam tej dziwnej przygody, bo ciągle wracają do mnie pojedyncze obrazy z "Oceanu..." i nie dają mi spokoju...

Przytoczę kilka cytatów z książki, bo w tych słowach odnajduję jakąś cząstkę siebie z dziś, z wczoraj, sprzed wielu lat... :)

"Był ciepły słoneczny wiosenny dzień. Wspiąłem się po sznurowej drabinie na najniższy konar wielkiego buka, usiadłem na nim i zacząłem czytać. Kiedy czytałem, nie bałem się niczego [...]".

"W myślach zatem porzuciłem ten świat i zagłębiłem się w książkę. Tam właśnie odchodziłem, gdy życie stawało się zbyt ciężkie lub zbyt nieznośne."

"Uwielbiałem sypiać przy otwartym oknie. Najlepsze były deszczowe noce: otwierałem okno, układałem głowę na poduszce, zamykałem oczy i czułem na twarzy wiatr, słuchając rozkołysanych, szeleszczących drzew. Jeśli dopisało mi szczęście, na twarz spadały mi niesione wiatrem krople deszczu, a ja wyobrażałem sobie, że leżę w łodzi na środku oceanu i że łódź kołysze się niesiona falami."

"- Uwielbiam mój ocean - oznajmiła Lettie [...].
- Ale przecież tylko udajesz - odparłem [...]. - To przecież staw. Nie ocean. To niemożliwe, Oceany są większe niż morza. Twój staw to tylko staw.
- Jest taki wielki jak trzeba [...]".

I jeszcze kilka pięknych słów :)

"Każde źdźbło trawy lśniło i migotało, każdy liść na każdym drzewie. Nawet żywopłot świecił ciepłym blaskiem."

"Woda w wiaderku świeciła promieniując zielonkawo - błękitnym blaskiem. W jej świetle widziałem twarz Lettie. Widziałem też zmarszczki i fale na powierzchni, patrzyłem jak przelewają się i uderzają z bryzgiem o ścianki wiadra." 

Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Bez rąk, bez nóg,bez ograniczeń" Nick Vujicic



"Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń" jest jedną z tych książek, które budzą z marazmu życiowego i dodają energii, motywują do działania i spełniania własnych marzeń.

Nick Vujicic, który urodził się bez rąk i bez nóg, jest jedną z tych niewielu (niestety) osób, które inspirują i przy których czujemy, że wszystko jest możliwe. Dlaczego? Bo ma tzw. powera życiowego, mnóstwo planów i marzeń, o których głośno mówi i wykorzystuje każdy dzień, by je realizować. Nie użala się nad sobą, bo wie, że fizyczne ograniczenia, to żadne ograniczenia. Uważa, że niezależnie od tego czy jesteśmy zdrowi czy chorzy, grubi czy szczupli, mamy kończyny czy nie, to nie ma żadnego wpływu na to, co możemy robić w życiu.

Nick Vujicic pisze, że po to otrzymaliśmy życie, by być szczęśliwymi. Co? Mamy stania załamania? On też je miał i może miał większe ku temu powody. Uklęknij na kolanach, zapleć z tyłu dłonie i spróbuj się wykąpać albo przygotować posiłek. Dopiero w takim momencie dostrzeżesz, jak wiele otrzymałeś od życia i często tego nie doceniasz.

Autor, który nie ma kończyn, nie tylko robi wiele dla siebie (pływa na desce, nurkuje, skończył studia) ale również dla innych (odwiedza ludzi na różnych kontynentach, pomaga im, wspiera finansowo, a wygłaszając swoje przemówienia i opowiadając własną historię, daje im nadzieję). Książka pokazuje jak silny jest człowiek, jak wielkie ograniczenia może pokonać, jeśli tylko tego chce.

Nick Vujicic nie jest pisarzem, dlatego pod względem literackim od książki nie można zbyt wiele wymagać.Ale tu chyba chodzi o coś zupełnie innego...

Moja ocena: 4/6

czwartek, 23 stycznia 2014

„Nędznicy” Victor Hugo





Recenzje staram się pisać zawsze, gdy książka jest jeszcze ciepła, aby nie uleciały mi gdzieś moje myśli, odczucia, wrażenia… Od razu, gdy kończę coś czytać, sięgam po notes  i piszę, bo jestem jeszcze w świecie fabuły. Niestety z „Nędznikami” Victora Hugo tak nie było. Przypomniałam sobie po kilku miesiącach, że nie napisałam nic na temat tej powieści. A chciałam to zrobić, bo uważam, że warto. Zbyt wiele pozytywnych emocji wywołała we mnie ta książka, zbyt duży ślad zostawiła w mojej pamięci, żebym ją pominęła.

„Nędznicy” to piękna historia o ubogim człowieku, który dla głodnej rodziny ukradł chleb i to wydarzenie uczyniło z niego przestępcę i zmieniło jego życie na zawsze. Zmuszony do ucieczki i opieki nad małą osieroconą dziewczynką zmienia się wewnętrznie. „Nędznicy” to również historia o miłości, która wydaje się tak namacalna, jakbyśmy sami ją przeżywali. Poza tym liczne dygresje dotyczące poglądów filozoficznych czy politycznych autora czyni ją jeszcze bardziej wartościową.

Powieść tę odsłuchałam jako audiobooka i szczerze mówiąc nie mogłam się od niej oderwać. Zakładałam słuchawki po przebudzeniu i zasypiałam z nimi. Coś mnie do tej historii ciągnęło i kiedy nie mogłam jej słuchać, zniecierpliwiona czekałam na chwilę, kiedy będę mogła powrócić do świata Hugo. Książka ta jest grubym tomiszczem, choć prawdę mówiąc, autor mógł to samo zawrzeć w połowie cieńszej powieści, ale czy to byliby wtedy ci sami „Nędznicy”? No właśnie…

Co mi nie przypadło do gustu? Kilka rozdziałów typowo historycznych, politycznych, opisujących przebieg rewolucji francuskiej. Ale znajdą się zapewne i tacy, którzy wątki tego rodzaju będą zachłannie pochłaniać ze względu na swoje zainteresowania i upodobania.

Tak czy owak polecam „Nędzników”. Mole książkowe nie powinny ominąć tej pozycji, bo mogłaby być to dla nich wielka strata.

Moja ocena: 5/6

„To nie moja wina” Henry Cloud, John Townsend





Jeśli już po pierwszym niepowodzeniu, które nas spotyka, stwierdzamy, że dalszy wysiłek nie ma sensu, bo i tak nic już nam nie wyjdzie, nie dziwmy się, że nasze życie nie będzie wyglądało kolorowo i nie spełnimy swoich marzeń. One wymagają zaangażowania, determinacji i silnej woli. Tylko ci, co dużo pracują nad sobą, nie poddają się i każdą przeszkodę albo porażkę traktują jako lekcję, mogą osiągnąć cel i stać się szczęśliwi.

Gdyby nie przeszkody, na drodze, którą idziemy, nie odkrylibyśmy innego szlaku. Z doświadczenia wiem, że niepowodzenia po pewnym czasie (niekiedy po miesiącu, innym razem po kilku latach) okazują się darem. Myślimy wtedy, że dobrze się stało, że wyszło nam to na dobre.

Autor książki „To nie moja wina” podkreśla ważną rzecz: każdy, kto pragnie osiągnąć jakiś cel, osiągnie go. Jednak nie siedząc z założonymi rękami. Musimy być jak rolnicy, którzy nie czekają na zbiory siedząc w domu, ale ciężko pracują. Powinniśmy pamiętać również, żeby zrezygnować ze ślepego uporu. Jeśli robimy w kółko to samo i cały czas nam nie wychodzi, znaczy, że postępujemy głupio. Każdy myślący człowiek, któremu coś nie wychodzi, stwierdzi po pewnym czasie, że skoro powtarza coś tyle razy i mu nie wychodzi, powinien zmienić taktykę. Ot i to jest kolejny krok do sukcesu!

A na koniec tego wątku taka mądrość:
Pamiętajmy, że od samego celu czy nagrody, ważniejsza jest droga, sama podróż, wędrówka…
Autorzy piszą, że wielu z nas szuka winnych swoich niepowodzeń, ale to do niczego nie prowadzi. Jeśli za swoją sytuację będziemy obwiniać politykę, firmę, w której pracujemy, szefa czy bliskich, będziemy do końca życia tkwić w ciemnej dziurze. To tylko od nas zależy czy kolejne lata życia będziemy smutni, sfrustrowani i źli na cały świat czy weźmiemy sprawy w swoje ręce i pewnego ranka obudzimy się szczęśliwi, pełni pozytywnej energii, którą będziemy zarażać innych i będziemy spełniać swoje marzenia. Użalanie się nad sobą, to najprostszy sposób, ale to chyba nie o to chodzi.

Przytoczę  kilka cytatów z książki „To nie moja wina”, które pozwolą każdemu na nowo spojrzeć na swoją sytuację:

„Upór i wytrwałość potrafią sprawić, że padające nam pod nogi kłody stają się stopniami, po których możemy dojść do otwartych drzwi.”

„Warto, byś przestawał z ludźmi, którzy biorą na siebie własne winy, i żebyś się od nich uczył.”

„Musisz wychylić się do przodu, ponieważ: to, czego pragniesz, będzie wymagać od ciebie więcej niż dawałeś z siebie dotychczas”.

„Związki z innymi ludźmi to rodzaj paliwa, które daje nam energię niezbędną do osiągnięcia zamierzonych celów”.

„Wytrwałość kształtuje charakter. Dzięki niej wyrabiamy sobie muskuły i nabieramy dojrzałości”.

„Jest takie stare powiedzenie: Bóg nigdy nie zamyka drzwi, nie otwierając przy tym okien”.

„Życie to podróż, i niekiedy wymaga ono kilkukrotnego zabrnięcia w ślepą uliczkę, zanim dostaniemy się tam, gdzie chcemy”.

„Jeśli starczy nam uporu i wytrwałości, odkryjemy, że stając przed jakimiś zamkniętymi drzwiami, napotykamy okazję do wyruszenia inna, często lepszą drogą.”

„Z całego serca Panu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku, poznawaj Go na każdej swej drodze, a On Twe ścieżki wyrówna”.

„Na początku masz pewien cel. Nie spuszczaj go z oka, ale nie odrywaj też nigdy rąk od pługa, stale pamiętając o tym, co musisz zrobić dziś, by kiedyś dotrzeć tam, dokąd zmierzasz.”.

Moja ocena: 5/6