Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszystkie książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszystkie książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

„Rzymskie dolce vita” Penelope Green



Jeśli marzysz o spontanicznym wyjeździe do wymarzonego miejsca na ziemi i pozostaniu tam na zawsze, ale boisz się, zastanawiasz, szukasz pretekstów, bo przecież nie znasz dobrze języka, nie masz tam nikogo, kto poprowadziłby cię za rękę, a tu masz dach nad głową, dobrze płatną pracę (mimo że nie jesteś szczęśliwa), koniecznie musisz sięgnąć po tę książkę! Koniecznie! ;)

Autorka spisała w niej realizację swojego szalonego pomysłu związanego z wyprowadzką z Australii, zostawieniem świetnie płatnej pracy i zamieszkaniu we Włoszech (bez znajomości języka włoskiego). Jednak okazuje się, że jak się bardzo czegoś chce, o czymś się marzy, to musi się udać! I marzenia wcale nie muszą być rozsądne.

Prawie 30-letnia Penelope zajęła mieszkanie o niskim standardzie (w porównaniu z lokum, które miała w Australii), pracowała w knajpach (zostawiając jedno z najpopularniejszych w Australii pism, gdzie zajmowała stanowisko, którego niejeden by jej pozazdrościł), zarabiała niewiele (w porównaniu z dotychczasową pensją), ale BYŁA SZCZĘŚLIWA! Wielu może postukałoby się w głowę nie widząc w tym logiki i nazywając to głupotą. Ale wielu z nich to ludzie, którzy boją się marzyć, podejmować ryzyko pozostając przez całe życie w swojej złotej klatce nieszczęśliwi i niespełnieni. Penelope postanowiła jednak zaryzykować, rozwinąć swoje skrzydła i polecieć w stronę swoich marzeń. We Włoszech codziennie budziła się szczęśliwa, rozkoszowała się widokami i cieszyła wspaniałymi smakami włoskiej kuchni.

Moja ocena: 6/6

„Życie na pełnej petardzie” Jan Kaczkowski


Najczęściej piszę recenzję zaraz po przeczytaniu książki, jednak w przypadku „Życia na pełnej petardzie” już od jakiegoś czasu próbuję coś napisać o tej pozycji i nie wiem co. Może dlatego, że nie wzbudziła we mnie większych emocji – ani bardzo pozytywnych ani bardzo negatywnych. Mimo to uważam, że nie jest to zła książka i warto po nią sięgnąć, między innymi dlatego, żeby zobaczyć, jaką siłę ma pasja, że zarówno w codziennym życiu jak i w kościele są ludzie i ludziska, że lekarze nie zawsze mają rację mówiąc, że zostały nam trzy miesiące życia (bo marzenia dają siłę do realizacji tego, c zamierzyliśmy i życie tak długie, by zdążyć prawie ze wszystkim).

Książka na pewno w jakimś sensie zmusi do refleksji na temat tego, czy nie za mało robimy dla innych, czy nie marnujemy wielu godzin swojego życia na bezsensownych zajęciach, które nic cennego nie wnoszą w nasze życie, czy zrealizowaliśmy choć połowę swoich marzeń i wiele, wiele innych…

I w sumie ode mnie to byłoby na tyle. Resztę doczytajcie sami :)

Moja ocena: 3/6

„Biała Masajka” Corrine Hofmann


Są książki, o których ciągle myślimy, nawet, gdy od dnia, w którym skończyliśmy je czytać, minęło sporo czasu. Obrazy i historie, którymi żyliśmy, ciągle do nas powracają i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Taka jest „Biała Masajka”. Nie musiałam czekać do trzeciego czy piątego rozdziału, żeby mnie wciągnęła. Nie mogłam się od niej oderwać już po kilku pierwszych stronach.

Książka była tak autentyczna, że miałam wrażenie jakbym to ja przeżywała tę miłość, cierpienie i walkę o życie. Akcja potoczyła się bardzo szybko, dlatego też książka nie nudziła mnie nawet przez chwilę. Autorka nie wstawiała długich opisów przyrody, a mimo to miałam wrażenie, że dokładnie widzę jak wygląda Afryka, czuję jej zapach i atmosferę. To było niesamowite przeżycie. Przez cały czas wydaje mi się jakbym rzeczywiście odbyła tę podróż po czarnym lądzie, była zakochana do szaleństwa w Masaju, chora na malarię, głodna, walcząca o kawałek chleba, a chwilami śmiertelnie zmęczona.

Cztery lata w buszu opisane przez kobietę, która przeszła przez niebo i piekło, zawsze pozostaną w mojej pamięci…


Moja ocena: 6/6

wtorek, 5 maja 2015

"Moje zdrowe przepisy" Beata Pawlikowska



Na temat książki ze zdrowymi przepisami nie będę się rozpisywać. Napiszę tak: jeśli ktoś lubi zupy, to polubi również dania proponowane przez panią Beatę, ponieważ przypominają je w smaku, tylko, że są gęstsze.

Plusy takich posiłków: są szybkie do przygotowania, nie wymagają stania nad garnkiem, kupowania produktów, o których nigdy nie słyszeliśmy i nie wiadomo gdzie je dostać, są zdrowe, sycące, niskokaloryczne i podczas ich przygotowania brudzimy tylko 1 garnek.

Minusy takich posiłków: większość to gotowane warzywa z kaszą na różne sposoby i z różnymi dodatkami, ponieważ Beata Pawlikowska nie je mięsa ani nabiału.

Dlatego mnie to dyskwalifikuje, choć bardzo chciałam skorzystać z tych przepisów. Niestety nie znoszę zup ani nic co je przypomina. Nie lubię gotowanych warzyw i nie mogę się przemóc. Surowe jak najbardziej TAK, lekko podduszone TAK, ale nie gotowane. Jednak polecam książkę każdemu, kto nie ma takiego problemu jak ja, bo autorka naprawdę włożyła dużo pracy w przygotowanie tych przepisów (ze zdjęciami), aby były smaczne, dodawały nam energii i wzmacniały nasz organizm.

Smacznego :)

Moja ocena: 4/6

"Wtorki z Morriem" Mitch Alboom


Ta książka podobno zmieniła życie wielu ludzi na całym świecie. Mojego nie zmieniła. Może dlatego, że zawsze wyznawałam swoje wartości, nawet wbrew temu co mówił świat. Wiele osób jednak daje się wciągnąć w te kłamstwa, które promuje świat, chłoną je jak gąbka, a potem się w tym wszystkim gubią.
Jednak zawsze tak jest, że w wartościowej książce zawsze znajdujemy coś dla siebie, choćby jedną myśl. Coś, czego jeszcze nie odkryliśmy, czego sobie nie uświadomiliśmy albo co umknęło nam gdzieś w tym codziennym biegu przez życie. I tak też było w moim przypadku.

Czytałam wiele dużo lepszych książek niż „Wtorki z Morriem”, co nie oznacza, że ta jest kiepska. W tym świecie, gdzie większość goni za lepiej płatną pracą, lepszym samochodem itd., a zapomina o tym, co najważniejsze, powinien tę książkę przeczytać.


Moja ocena: 3/6

„Moja dieta cud” Beata Pawlikowska




„Moja dieta cud” to kolejna część z serii „W dżungli zdrowia”. Jeśli odkryliście w I części dużo dla siebie, to kolejną część również polecam, choć (jeśli o mnie chodzi) nie wstrząsnęła mną tak bardzo jak część I. Może dlatego, że wiele informacji się powtarza, ale wiele jest również nowych, które mnie zainspirowały.

Beata Pawlikowska pisze jak wygląda jej codzienny jadłospis, czym się kieruje przygotowując posiłki, ile ich je, czy lubi śniadania i jakie produkty wybiera. Pisze dodatkowo o tym, ile powinno się spać (bo okazuje się, że to też ma wpływ na naszą wagę) i o uprawianiu sportu, ale (ostrzegam!) – pisze niebanalnie. Nie ma mowy o narzucaniu konkretnych wytycznych, bo organizm automatycznie się przeciw takim nakazom buntuje. Zarówno jeśli chodzi o jedzenie, sen jak i uprawianie sportu. Autorka pokazuje jak samemu dojść do tego, co jest dla nas najlepsze i w jakich ilościach. Pisze, że nie trzeba liczyć kalorii, żeby być szczupłym, bo ile można się tym zadręczać – miesiąc, dwa? A co potem? No właśnie – najczęściej kalorie gdzieś nam uciekają, bo nie mamy czasu i powstaje efekt jojo. Tak więc po przeczytaniu książki można zacząć jeść zdrowo i rozsądnie, a organizm sam się wyreguluje. Będziemy wtedy szczupli i pełni energii bez dużych wyrzeczeń.

„Nie istnieje na świecie coś, co schudnie za ciebie.” – powtarza. Żadne tabletki odchudzające, żywność light itp. Po tych produktach (pełnych sztucznych substancji)  właśnie Twój organizm się rozregulowuje i TYJESZ! Proste. I przetestowane – na samej Beacie Pawlikowskiej J

„Produkty dietetyczne są naładowane syntetycznymi substancjami, które zakłócają wydzielanie leptyny i informowanie twojego mózgu o tym, że już jesteś syty. Teraz wiesz dlaczego ciągle jesz i ciągle jesteś głodny i choćbyś stanął na głowie, to nie możesz schudnąć?”

Beata Pawlikowska mówi, żebyśmy zobaczyli jak państwo i producenci o nas dbają:
„W sklepie masz do wyboru tysiące produktów, z których 99% niszczy twoje zdrowie, bo są pełne chemii.”


Moja ocena: 5/6

„W dżungli zdrowia” Beata Pawlikowska


Zacznę krótko: nigdy żaden artykuł ani żadna książka tak mną nie potrząsnęły jak „W dżungli zdrowia”. Doznałam szoku, olśnienia i przeraziłam się. Czym?

  • Tym, co wrzucam w siebie nieświadomie myśląc, że odżywiam się w miarę zdrowo.
  • Tym, że Unia Europejska zgadza się na używanie przez producentów dodatków do żywności (od jogurtów, przez ryby, słodycze, pieczywo po mięso), które w wielu krajach nie należących do UE są kategorycznie zabronione , bo powodują szybki rozwój raka.
  • Tym, jak producenci oszukują nas stosując zamienniki w nazwach składników (np. zamiast E-ileśtam, piszą skrobia modyfikowana), trując nas (ŚWIADOMIE!), a my jeszcze to kupujemy i napychamy ich kieszenie pieniędzmi, pozwalamy, by ten nikczemny handel się rozwijał.
  • Tym, że kobiety w ciąży karmią siebie i swoje malutkie dzieci, które dopiero się rozwijają, pokarmami, których składniki powodują niszczenie genów swoich i rozwijającego się płodu. A później zastanawiają się skąd u małego dziecka rak, białaczka czy ADHD.
  • Tym, że dajemy dzieciom na prezent słodycze, by ujrzeć na ich twarzach uśmiech, a tak naprawdę podarowujemy im substancje rakotwórcze zamknięte w pysznym batoniku, lizaku lub żelkach.
  • Tym, że 10 lat temu na raka umierał co dwudziesty człowiek, a teraz co trzeci i nikt się tym nie przejmuje.
  • Tym, że lekarze przepisują tabletki antykoncepcyjne, za które kobiety płacą latami, by nie mieć dzieci, a później latami płacą za In vitro, żeby te dzieci mieć. Czy to nie paradoks?
  • Tym, że mamy coraz głupsze społeczeństwo, coraz bardziej otyłe, schorowane i nieszczęśliwe, a podobno nauka i medycyna się rozwija się w zawrotnym tempie, ale nie umie im pomóc. Czy to nie dziwne?
  • Tym, że bla, bla, bla…


Można tak pisać bez końca. I zastanawiać się, czy to oznacza, że wszystko jest złe? Wszystko nie, ale większość tego, co znajdziemy na półkach w sklepach. Niestety trzeba zdać sobie sprawę, że państwo o nas nie zadba i nie zahamuje sprzedaży wielu produktów, które prowadzą nas do ŚMIERCI. A nie zahamuje dlatego, że ma z tego pieniądze, ludzie kupują dużo, za trochę niższą cenę i nakręcają gospodarkę.

To nie są teorie wyssane z palca. Beata Pawlikowska pisze, że gdy jej znajomi szli do kina albo do knajpy, ona zostawała w domu i studiowała trudne fachowe lektury naukowe i typowo medyczne w języku angielskim, by poznać prawdę, a później wszystko testowała na sobie. To, co opisała, to jest wynik tych testów, które trwały wiele lat. Co dokładnie odkryła? Sprawdźcie sami – nie będę Wam odbierać tej przyjemności :)

Ja mogę napisać tylko, że obrzydło mi wiele rzeczy, które wcześniej uwielbiałam, bez których nie umiałam funkcjonować. Teraz małymi kroczkami przestawiam się na zdrowsze jedzenie (bez chemicznych dodatków). I też nie mam czasu, mam małe dziecko i milion obowiązków, ale przeorganizowałam swoje życie i (o dziwo!) ten czas znalazłam :)

I co mnie jeszcze zdziwiło? Porzucasz diety, jesz zdrowo, bez chemii, wszystko, na co masz ochotę, nie chodzisz głodna i co? Twój organizm powoli wraca na właściwy tor. Jesteś pełna energii, pomysłów, nie chorujesz, a Twoja waga POWOLI wraca do normy. Odstawiasz wszystkie suplementy i witaminy i czujesz się zdrowsza, szczęśliwsza, zaczynasz realizować swoje marzenia. Aż niemożliwe? A jednak!

Ależ się rozpisałam ;)

Moja ocena: 6/6

„Moja droga B.” Krystyna Janda


Książka, która porwała mnie bez reszty. Jest fantastyczna, wciągająca, chwilami mądra, dająca do myślenia, innym razem refleksyjna, rozgadana i zakręcona jak jej autorka. Były momenty, że nie mogłam przestać się śmiać. Mogę tu przytoczyć genialny fragment tak cudnie oddający rzeczywistość:

„Kiedy wchodzę do fryzjera w moim ukochanym miasteczku, w którym zakładów jest chyba z osiem, po prostu zagłębie zakładów fryzjerskich, nie wiadomo dlaczego zresztą, bo nikt do nich nie chodzi, fryzjerka czyta gazetę i nawet nie drgnie, kiedy staję w drzwiach. W salonie zwykle nie ma nikogo. Pytam, speszona niechętnym przyjęciem, czy mogłabym się uczesać, a wtedy ona, odgryzając kęs bułki i nadal nie ruszając się z miejsca, z pełnymi ustami pyta:
- A jak?
- Zwyczajnie – odpowiadam. – Chciałabym umyć głowę i ułożyć włosy przy użyciu szczotki.
Wtedy ona wskazuje ruchem głowy, żebym poszła do umywalki, powoli kończy jeść, w drodze do mnie wygląda przez okno, by zobaczyć, co się dzieje na ulicy, na której, jak to w małym miasteczku, nie dzieje się nic, i zaczyna mnie drapać i urywać mi głowę, czyli myć włosy.”

Przepraszam za taki długi cytat, ale nie mogłam się powstrzymać :) Jeśli chcecie więcej, polecam również opowieść o wizycie w SPA.

Naprawdę, żeby poznać bliżej panią Krystynę, wystarczy przeczytać „Moja droga B.” Co za cudowna kobieta! Taka życiowa, mądra, szczera aż do bólu, a dzięki temu daleka od dwulicowości, udawania i tym podobnych.

Moja ocena: 5/6

„Różowe tabletki na uspokojenie” Krystyna Janda



To moja pierwsza książka Krystyny Jandy. Wzięłam ją z półki w bibliotece kierowana instynktem „książkowym” i po raz kolejny mnie nie zawiódł. Nie mogłam się oderwać od tego zbioru felietonów. Chciałam więcej i więcej, a gdy się skończyły, chciałam jeszcze więcej i poszłam do biblioteki szukać kolejnych jej publikacji.

Muszę przyznać, że ma lekkie pióro. Pisze niesamowicie wciągająco, a to zapewne dlatego, że jest szczera. Skąd to wiem? Nie jest trudno to wyczuć. Jej charyzma jest zaraźliwa. A proste opowieści o codzienności dają wiele do myślenia.

„Różowe tabletki na uspokojenie” będą jedną z tych książek, do których będę chciała kiedyś wrócić – jeśli czas mi na to pozwoli ;)

Moja ocena: 5/6

wtorek, 21 kwietnia 2015

„W dżungli samotności” Beata Pawlikowska




I znowu zajrzałam do dżungli. Miałam ochotę na kolejną wyprawę z Beatą Pawlikowską. I po raz kolejny nie zawiodłam się. To była fantastyczna przygoda. Leciałyśmy na Wyspę Wielkanocną i to właśnie ta podróż była najważniejsza. Autorka razem ze swoim wewnętrznym Sherlockiem Holmesem wracając do przeszłości Beaty Pawlikowskiej, odkrywają przyczyny braku pewności siebie, niskiej samooceny i strachu przed kontaktem z ludźmi oraz pokazują drogę, jaką trzeba przejść, by pozbyć się lęków i przestać ukrywać się pod ciemnym, rozciągniętym swetrem, za dużym od kilka rozmiarów, by wtopić się w tłum.

Jeśli myślisz, że z tego beznadziejnego stanu nie można wyjść, to popatrz na Beatę Pawlikowską. Szczęśliwa, kochające siebie, będąca dla siebie najlepszym przyjacielem, spełniająca własne marzenia. Czyli jednak można? :) Wystarczy wygonić z siebie leniwca, któremu nic się nie chce. Bo samo przecież nic nie przyjdzie :)


Moja ocena: 4/6

wtorek, 17 lutego 2015

„W dżungli niepewności. Listy do M.” Beata Pawlikowska



Pewnie każdy ma takie zmienne okresy w życiu, że raz go ciągnie do powieści o miłości, innym razem do biografii, książek o podróżach, do tych, które są pełne mądrości życiowych, a jeszcze innym razem do poezji…  Mnie ostatnio naszło na książki Beaty Pawlikowskiej :)

„W dżungli niepewności” pochłonęłam w dwa popołudnia, gdy moje dziecko ucinało sobie drzemkę. Po pierwszej przeczytanej połowie z niecierpliwością czekałam na moment, kiedy znowu będę mogła kontynuować. To jak narkotyk ;)

Książka ma formę maili, które wysyłają do siebie – studentka Monika i Beata Pawlikowska. Są to autentyczne listy, które autorka książki zredagowała i opublikowała (oczywiście za zgodą dziewczyny).  Monika, jak większość młodych ludzi, ma problemy z akceptacją siebie, swojej wagi, urody, swojego charakteru, która nie potrafi odnaleźć się w świecie, który ciągle pędzi i narzuca młodym, by dostosowali się do tego tempa. Boi się przyszłości, nie umie przestać na zmianę się głodzić, a po kilku dniach objadać, uporządkować swoich myśli i marzeń.

Listy tworzą historię, która ma swój początek i koniec. Beata Pawlikowska, która sama kiedyś była taką zagubioną dziewczyną prowadzi Monikę przez jej codzienność, podpowiada wiele rzeczy, ale niczego nie narzuca, wyznaje jak wyszła z anoreksji, nienawiści do samej siebie i odnalazła akceptację, szczęście i pasje.

„W dżungli niepewności” nie jest jedną z najlepszych książek o życiu Beaty Pawlikowskiej, ale uważam ją za cenną. Jedni znajdą w niej mnóstwo ważnych wskazówek, inni może tylko jedną, ale nawet dla tej jednej warto sięgnąć po tę książkę.

Moja ocena: 4/6

„Blondynka w Brazylii” Beata Pawlikowska



„Blondynkę w Brazylii” kupiłam, bo fascynuje mnie ten kraj. Chciałabym tam kiedyś pojechać,
a może i zostać tam na zawsze :)

Beata Pawlikowska opisała takie aspekty życia w Brazylii, o których nie można przeczytać w większości informatorów i przewodników. Pisze o jedzeniu („ […] to, co świetnie smakuje tutaj w Brazylii czy w jakimś innym zakątku świata traci swój magiczny smak w Europie”], ludziach („Materialnie nie mieli prawie nic i w konkursie na wysokość oszczędności w banku przegraliby z kretesem. Ale w rozgrywkach na szczęście i umiejętność cieszenia się z życia Brazylijczycy są mistrzami świata”] i tradycyjnie o swoich przemyśleniach na temat życia, które przyszły jej do głowy w czasie pobytu w tym pięknym miejscu [„Bo skąd biorą się wątpliwości i wieczna niepewność? Stąd, że człowiek zgadza się na sytuacje i zdarzenia wobec których czuje wewnętrzny sprzeciw. I w ten sposób coraz bardziej poszerza krąg spraw, z którymi się nie zgadza, ale które stanowią część jego życia.”].

Poza wciągającym bez reszty tekstem „Blondynki w Brazylii”, można obejrzeć mnóstwo kolorowych zdjęć. Książeczka jest niewielka i niewiele kosztuje, ale jej to wystarczy, by rozkochać nas w tym pięknym kraju :)

Moja ocena: 5/6

sobota, 31 stycznia 2015

„Zaklinacz czasu” Mitch Albom





Kiedy miałam zabrać się do czytania książki, byłam podekscytowana. Jednak ze strony na stronę mój entuzjazm opadał i czułam się coraz bardziej rozczarowana.

„Zaklinacz czasu” nie jest według mnie złą książką, ale dobrą też nie jest. Początkowo byłam znudzona jej treścią, ale nie na tyle, żeby odłożyć ją na półkę i już nigdy do niej nie wracać. Postanowiłam dać jej szansę i dotrwać do połowy. Stwierdziłam, że jak do tego czasu mnie nie wciągnie, nic już z tego nie będzie. Ku mojemu zdziwieniu „Zaklinacz” zaczął mnie wciągać, kiedy przebrnęłam przez kilkadziesiąt pierwszych stron. Książka przeciętna, nie powala na kolana i nie sprawia, że pragnę mieć ją w swojej biblioteczce. Jednak póki co ją mam i chętnie odsprzedam :)


A co mogę napisać o „Zaklinaczu czasu”? Że uświadamia jak błędne jest czasem nasze myślenie. Jak swoim nieprzemyślanym i egoistycznym zachowaniem możemy nieświadomie skrzywdzić najbliższe osoby. Książka ukazuje również jak bardzo jesteśmy uzależnieni od mierzenia czasu, co zamiast nam ułatwiać życie, utrudnia je, chwyta w sieć, która osacza nas z dnia na dzień, z godziny na godzinę i z sekundy na sekundę coraz bardziej…

Moja ocena: 3/6

piątek, 14 listopada 2014

„W Chinach jedzą księżyc” Miriam Collee


Przeczytałam tę książkę bardzo szybko, ale nie mogłam się zebrać, żeby coś o niej napisać. Lubię przelewać na papier swoje emocje zaraz po skoczeniu ostatniej strony, ale tym razem mi się to nie udało. Minęły jakieś dwa miesiące i po tym czasie pozostało we mnie kilka odczuć związanych z lekturą…

Wspominam ją bardzo pozytywnie. Jest napisana świetnie -  nie mogłam się od niej oderwać. Cieszę się, że Miriam Collee zdecydowała się opisać część swojego życia po przeprowadzce do Chin. Wielu z nas ma równie ciekawe historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego, a szkoda.

Zmagania Niemki z życiem w Chinach i z jej mieszkańcami są jak zmagania każdego z nas z chińskim sprzętem. Ogólnie nie wygląda najgorzej i jest dość tani, ale jak się zaczniesz wdrażać w jego obsługę, to okazuje się, że nie działa tak jak powinien, odpada guzik, brakuje śrubki, w zestawie jest coś innego niż pokazuje opakowanie i nie ma nikogo, kto byłby za to odpowiedzialny. To tak w skrócie  ;)

Myślę, że nie ma sensu opisywać nawet części historii opowiedzianej przez autorkę, bo straci swój urok. Najlepiej sięgnąć po książkę i posmakować Chin.

 „W Chinach jedzą księżyc” chciałabym kiedyś przeczytać jeszcze raz. Dopisałam ją do listy książek, które chciałabym mieć w swojej biblioteczce i mam nadzieję, że niedługo tak się stanie.

Moja ocena: 6/6

wtorek, 23 września 2014

„Dziecko Noego” Eric-Emmanuel Schmitt



To, co przeżyjemy w dzieciństwie, zostaje w nas na zawsze. Magia tego okresu powraca w miejscach, zapachach, melodiach, uczuciach… I trudno niekiedy opisać te wspomnienia, bo mają w sobie coś niezwykłego, co powoduje, że robi się ciepło na sercu, uśmiech na twarzy, motyle w brzuchu i tęsknotę za tym, co już nigdy nie wróci.

Dzieciństwo Josepha, mimo że nie było usłane różami, było w pewnym sensie szczęśliwe. Odłączony od rodziców, w tym okresie, kiedy dziecko ich najbardziej potrzebuje, wojna, życie w strachu w obskurnej willi ojca Ponsa, nie było jego marzeniem. Jednak ogrodzenie tego domu dziecka stało się z czasem dla Josepha bezpiecznym schronieniem. Ojciec Pons okazał się nie tylko opiekunem ale i duchowym przewodnikiem. Chłopak, któremu został powierzony pod opiekę w sierocińcu był nie tylko koniecznym złem ale z czasem stał się bratnią duszą i przyjacielem na zawsze.

Niemożliwe może nam się wydawać to, że Joseph po odnalezieniu rodziców nie chciał wrócić z nimi do domu, ale pragnął zostać w sierocińcu z ojcem Ponsem i tym, co do tej pory dawało mu poczucie bezpieczeństwa i stało się częścią jego życia. Nie chce rozstawać się z tym wszystkim, co jest związane z jego dzieciństwem. Ale większość z nas tęskni za okresem, kiedy miał kilka i kilkanaście nawet, choćby za jego fragmentami. Za beztroską, przyjaciółmi na śmierć i życie, uśmiechem babci, bujanym fotelem, smakiem konfitur, zabawą na świeżym powietrzu mimo że czasem porządnie się zmokło, szkołą mimo że czasem przyniosło się dwóję, tatą, który mimo że kochał, czasem dał klapsa. Każdy ma inne wspomnienia z tego okresu, ale niezależnie od tego czy  chodziliśmy głodni czy najedzeni, czy mieliśmy nowe czy stare trampki, do dzieciństwa mamy sentyment. Także Joseph nie chce tego tracić, nawet wiarę chce zmienić, bo czuje, że tylko Bóg, którego pokochał jako chłopiec, z którego poznawaniem wiązała się cała magia  dzieciństwa, będzie jego Bogiem na zawsze. Niestety musi zerwać z tym okresem wyjeżdżając, przyjmując wiarę swoich przodków i zaczynając nowy etap w swoim życiu...

Moja ocena: 4/6

„Jezioro osobliwości” Krystyna Siesicka



Wróciłam do tej książki po mniej więcej piętnastu latach. Wzięłam ją ze swojej półki, bo nie miałam czasu, żeby przejść się do biblioteki. Sięgnęłam po „Jezioro osobliwości” kuszona wakacyjnym klimatem, wspomnieniami z czasów, kiedy miałam naście lat, a może i tęsknotą za tamtymi czasami. Poza tym byłam zmęczona ciężkimi, nietrafionymi lekturami z ostatnich tygodni.

Pisząc krótko, „Jezioro osobliwości, to bardzo lekka, przyjemna i niezbyt długa (dosłownie na jeden wieczór) powieść nie tylko dla młodzieży. Ja, pomimo że nie jestem już nastolatką, nie potrafię się rozstać z książkami Siesickiej :) Ciągle mam je na półkach i czasem do nich wracam… Ale przechodząc do rzeczy, „Jezioro osobliwości” na pewno wciągnie i oderwie od rzeczywistości. Szkoła, rodzina, pierwsze miłości i dylematy nastolatków – więcej nie zdradzę. No może tylko to, że zakończenie rozczarowuje, bo nadchodzi za szybko i jest zbyt banalne – przynajmniej jak dla mnie. Ale całość – jak najbardziej na TAK!


Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 7 lipca 2014

"Alfabet wspomnień" Antoni Słonimski



Kolejna nietrafiona lektura – za dużo ich w ostatnim czasie. Chciałabym napisać o książce w końcu coś pozytywnego, a tu nuda…

"Alfabet wspomnień" jest napisany ładnym, lekkim językiem, ale sama treść może być interesująca tylko dla nielicznych. Alfabetyczny spis ludzi, wydarzeń i miejsc znanych autorowi oraz krótkie ich opisy, to nie jest lektura dla każdego. Ja już po kilkudziesięciu stronach, lekko senna zaczęłam omijać hasła, które nic mi nie mówiły i z każdą stroną miałam tej książki coraz bardziej dosyć. W końcu ją zamknęłam, niedokończoną i odetchnęłam z ulgą. Uff… Nareszcie! W końcu będę mogła zabrać się za coś ciekawszego.

Słonimski tak mnie umęczył, że musiałam zrelaksować się czytając moją ukochaną Siesicką. A jeśli chodzi o "Alfabet wspomnień", jedyne co mi utkwiło w pamięci z tych przeczytanych stronic, to wątek dotyczący Leśmiana. Ten akurat polecam. Może ktoś z Was natknie się jeszcze na coś ciekawego. Mnie się to nie udało. Może go akurat ominęłam.


Książka miała dobre opinie wśród internautów i nimi się właśnie zasugerowałam wypożyczając ją z biblioteki. To już kolejna wpadka z poleconą lekturą. Może to przypadek, ale kolejnym razem posłużę się swoją intuicją i przeczuciem, może pójdzie lepiej. Bo czekam na coś wyjątkowego, chcę to porwać z biblioteki albo księgarni, zamknąć się w pokoju i czytać, czytać, czytać ;)

Moja ocena: 2/6

niedziela, 22 czerwca 2014

"Błękitny chłopiec" Rakesh Satyal



Książka mignęła mi kiedyś między półkami w empiku, a po kilkunastu miesiącach trafiła w moje ręce. Nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę ją czytać. Czułam się jak dziecko, które biegnie do swojego pokoju, by otworzyć największy prezent urodzinowy i sprawdzić co tam jest.

Wydawało mi się, że zarówno okładka jak i i tytuł skrywają w sobie jakąś tajemnicę. I skrywały, ale inną niż myślałam. Podróż do świata indyjskiego chłopca okazała się monotonna, wyczerpująca i usypiająca. Czekałam na zapachy indyjskich przypraw i smaki indyjskiego życia przemykające dyskretnie przez ciekawą historię, ale ledwo przebrnęłam przez połowę książki i miałam dosyć.

Nic mnie przy niej nie chciało zatrzymać - ani bohater, który nie może się odnaleźć wśród rówieśników, bo po części czuje się dziewczynką a po części bogiem, ani jego opowieść, która jest nijaka, nie trzyma w napięciu i nie przyciąga żadną magią, zagadką, niczym...

Błękitny chłopiec zaprasza do swojego świata wielkimi czarnymi oczami z okładki książki, ale ten świat rozczarowuje. Jest nudny i przewidywalny. Na więcej słów szkoda mi czasu, bo w kolejce czeka mnóstwo ciekawych książek.

Moja ocena: 2/6

"Doskonały dzień" Richard Paul Evans



Historia o człowieku, który postanawia spełnić swoje marzenia i wydać książkę. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak książka wciąga i nie można się od niej oderwać. "Doskonały dzień" z pewnością porwie wszystkich, którzy marzą o karierze pisarskiej (można się dowiedzieć jak to wszystko wygląda od kuchni i że tak naprawdę nie jest to takie wspaniałe jak wielu się wydaje). To również powieść dla każdego, kto szuka pięknej i mądrej historii o życiu, miłości, podejmowaniu decyzji i wybieraniu właściwej drogi. Książką zachwyci się każdy, kto w życiu trochę się pogubił, utknął w martwym punkcie, stracił to, co najcenniejsze, boi się przyznać do błędu i prosić o wybaczenie.

Prosta historia, która niesie ze sobą kilka mądrości życiowych, które znamy, ale o których często zapominamy w codziennej pogoni za tym, co niekoniecznie jest najważniejsze...

Tak szczerze, to myślałam, że to będzie jakaś banalna historyjka i z jednej strony taka była, a z drugiej miała w sobie coś niezwykłego. Co? Sprawdźcie sami :)

Moja ocena: 4/6

czwartek, 29 maja 2014

"Piesek przydrożny" Czesław Miłosz



Pierwsza moja myśl, jaka pojawiła się po przeczytaniu „Pieska przydrożnego”, była taka: dobrze, że Miłosz skupił się jednak głównie na poezji. Moim zdaniem „Piesek” nie wyszedł mu najlepiej. Moją uwagę przyciągnęło tylko kilka tekstów, które można policzyć na palcach jednej ręki. A co mnie w ogóle skusiło do przeczytania „Pieska przydrożnego”? Właśnie kilka najlepszych fragmentów, na które natknęłam się gdzieś w internecie. To one dały fałszywy obraz książki. Na szczęście nie zapłaciłam za nią dużo. Kupiłam używaną na allegro za jakieś grosze. Chciałam wypożyczyć, ale niestety moja biblioteka nie miała jej w swoich zbiorach.

Czytanie kolejnych stron „Pieska” męczyło mnie z minuty na minutę coraz bardziej. Miłosz napisał tę książkę w taki sposób, że nie pociągało mnie to w ogóle, nie interesowało co będzie na kolejnej stronie, ale szłam przez dalej licząc trochę na to, że znajdę może jakiś wartościowy fragment. Myślę, że gdyby ktoś mało znany chciał wydać dokładnie coś takiego jak „Piesek”, takie myśli zebrane, historie, wspomnienia, sny napisane jakoś tak ciężko, bez polotu, to każdy wydawca wrzuciłby taki tekst do kosza już po przeczytaniu kilku stron.

Może to trochę odważne stwierdzenie, ale uważam, że  „Piesek przydrożny” to nieudana książka, o walorach której pisze się wszędzie i mówi naciągając trochę rzeczywistość. A Nagrody Nike nie będę nawet komentować…

Szczerze, to, gdy brałam do ręki tę książkę, liczyłam na coś innego. Lubię różne teksty połączone w jedną całość, zbiory felietonów, notatek i wspomnień. Ale według mnie, Miłoszowi nie wyszło. Spośród ponad 300 stron, jest tylko kilka fragmentów, które zapadły mi w pamięci. A oto i one:

DZIEŃ STWORZENIA
„[…] Pan Bóg stworzył świat. A jak dawno temu?
Niedawno. Dzisiaj rano. Chyba przed godziną.
Bo kwiaty otwierają się, ledwo skończone” –  piękne!

BIEGAJĄ
„Zajmują się nie tym, co najważniejsze.
Biegają, jakby wierzyli, że będą żyć wiecznie.
I każde z nich dla siebie drogocenne.
I każde uważa siebie za jedyne.” – cała prawda o współczesnym świecie

 DZIECINNOŚĆ
„Poeta jako dziecko wśród dorosłych. Wie, że jest dziecinny i musi bez ustanku udawać swój udział w działaniach i obyczajach dorosłych.” –  kto pisze, ten zrozumie…

CEL
„Po jednej stronie jest jasność, ufność, wiara, piękno ziemi, zdolność ludzi do entuzjazmu, po drugiej ciemność, zwątpienie, niewiara, okrucieństwa ziemi, zdolność ludzi do zła. Kiedy piszę, pierwsza strona jest prawdziwa, kiedy nie  piszę, druga. Czyli muszę pisać […].” Tak. Muszę :)

POWIEŚĆ
„Powieść powinna zaciekawiać, porywać i wzruszać. Jeżeli nie wzrusza, brak jej cech prawdziwej powieści. Z natury sentymentalna i melodramatyczna, podobna do baśni, o czym zaczęto zapominać, kiedy obdarzono ją mnóstwem obowiązków.” Podobna do baśni – najpiękniejsza.

BAŚŃ
„Powieść jako baśń: musi być w niej słyszalny głos bajarza. Jest on obecny ze swoimi miarami dobra i zła, ale ma opowiadać nie o sobie. Gdyby opowiadał o sobie, złożyłby dowód, że brak mu dojrzałości i spokoju, czyli cech, które powinien posiadać bajarz.” Ot, cała prawda!

ŚPIEW
„Obrócona twarzą ku dolinie, kobieta śpiewa, jakby chciała pieśnią wypełnić cały obszar między pochyłością parku, rzeką i wzgórzami po drugiej stronie.” Magia :)

YOKIMURA

„Kiedyś w telewizji oglądałem cmentarz dzieci nie urodzonych, z małymi gróbkami, na których kobiety japońskie zapalają znicze, składają kwiaty.” ...

„Pozwoliłem ci na chwilę zobaczyć kwiat nasturcji oczami motyla i być motylem”.

Moja ocena: 2/6