Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

„Życie na pełnej petardzie” Jan Kaczkowski


Najczęściej piszę recenzję zaraz po przeczytaniu książki, jednak w przypadku „Życia na pełnej petardzie” już od jakiegoś czasu próbuję coś napisać o tej pozycji i nie wiem co. Może dlatego, że nie wzbudziła we mnie większych emocji – ani bardzo pozytywnych ani bardzo negatywnych. Mimo to uważam, że nie jest to zła książka i warto po nią sięgnąć, między innymi dlatego, żeby zobaczyć, jaką siłę ma pasja, że zarówno w codziennym życiu jak i w kościele są ludzie i ludziska, że lekarze nie zawsze mają rację mówiąc, że zostały nam trzy miesiące życia (bo marzenia dają siłę do realizacji tego, c zamierzyliśmy i życie tak długie, by zdążyć prawie ze wszystkim).

Książka na pewno w jakimś sensie zmusi do refleksji na temat tego, czy nie za mało robimy dla innych, czy nie marnujemy wielu godzin swojego życia na bezsensownych zajęciach, które nic cennego nie wnoszą w nasze życie, czy zrealizowaliśmy choć połowę swoich marzeń i wiele, wiele innych…

I w sumie ode mnie to byłoby na tyle. Resztę doczytajcie sami :)

Moja ocena: 3/6

wtorek, 5 maja 2015

"Moje zdrowe przepisy" Beata Pawlikowska



Na temat książki ze zdrowymi przepisami nie będę się rozpisywać. Napiszę tak: jeśli ktoś lubi zupy, to polubi również dania proponowane przez panią Beatę, ponieważ przypominają je w smaku, tylko, że są gęstsze.

Plusy takich posiłków: są szybkie do przygotowania, nie wymagają stania nad garnkiem, kupowania produktów, o których nigdy nie słyszeliśmy i nie wiadomo gdzie je dostać, są zdrowe, sycące, niskokaloryczne i podczas ich przygotowania brudzimy tylko 1 garnek.

Minusy takich posiłków: większość to gotowane warzywa z kaszą na różne sposoby i z różnymi dodatkami, ponieważ Beata Pawlikowska nie je mięsa ani nabiału.

Dlatego mnie to dyskwalifikuje, choć bardzo chciałam skorzystać z tych przepisów. Niestety nie znoszę zup ani nic co je przypomina. Nie lubię gotowanych warzyw i nie mogę się przemóc. Surowe jak najbardziej TAK, lekko podduszone TAK, ale nie gotowane. Jednak polecam książkę każdemu, kto nie ma takiego problemu jak ja, bo autorka naprawdę włożyła dużo pracy w przygotowanie tych przepisów (ze zdjęciami), aby były smaczne, dodawały nam energii i wzmacniały nasz organizm.

Smacznego :)

Moja ocena: 4/6

„Moja dieta cud” Beata Pawlikowska




„Moja dieta cud” to kolejna część z serii „W dżungli zdrowia”. Jeśli odkryliście w I części dużo dla siebie, to kolejną część również polecam, choć (jeśli o mnie chodzi) nie wstrząsnęła mną tak bardzo jak część I. Może dlatego, że wiele informacji się powtarza, ale wiele jest również nowych, które mnie zainspirowały.

Beata Pawlikowska pisze jak wygląda jej codzienny jadłospis, czym się kieruje przygotowując posiłki, ile ich je, czy lubi śniadania i jakie produkty wybiera. Pisze dodatkowo o tym, ile powinno się spać (bo okazuje się, że to też ma wpływ na naszą wagę) i o uprawianiu sportu, ale (ostrzegam!) – pisze niebanalnie. Nie ma mowy o narzucaniu konkretnych wytycznych, bo organizm automatycznie się przeciw takim nakazom buntuje. Zarówno jeśli chodzi o jedzenie, sen jak i uprawianie sportu. Autorka pokazuje jak samemu dojść do tego, co jest dla nas najlepsze i w jakich ilościach. Pisze, że nie trzeba liczyć kalorii, żeby być szczupłym, bo ile można się tym zadręczać – miesiąc, dwa? A co potem? No właśnie – najczęściej kalorie gdzieś nam uciekają, bo nie mamy czasu i powstaje efekt jojo. Tak więc po przeczytaniu książki można zacząć jeść zdrowo i rozsądnie, a organizm sam się wyreguluje. Będziemy wtedy szczupli i pełni energii bez dużych wyrzeczeń.

„Nie istnieje na świecie coś, co schudnie za ciebie.” – powtarza. Żadne tabletki odchudzające, żywność light itp. Po tych produktach (pełnych sztucznych substancji)  właśnie Twój organizm się rozregulowuje i TYJESZ! Proste. I przetestowane – na samej Beacie Pawlikowskiej J

„Produkty dietetyczne są naładowane syntetycznymi substancjami, które zakłócają wydzielanie leptyny i informowanie twojego mózgu o tym, że już jesteś syty. Teraz wiesz dlaczego ciągle jesz i ciągle jesteś głodny i choćbyś stanął na głowie, to nie możesz schudnąć?”

Beata Pawlikowska mówi, żebyśmy zobaczyli jak państwo i producenci o nas dbają:
„W sklepie masz do wyboru tysiące produktów, z których 99% niszczy twoje zdrowie, bo są pełne chemii.”


Moja ocena: 5/6

„W dżungli zdrowia” Beata Pawlikowska


Zacznę krótko: nigdy żaden artykuł ani żadna książka tak mną nie potrząsnęły jak „W dżungli zdrowia”. Doznałam szoku, olśnienia i przeraziłam się. Czym?

  • Tym, co wrzucam w siebie nieświadomie myśląc, że odżywiam się w miarę zdrowo.
  • Tym, że Unia Europejska zgadza się na używanie przez producentów dodatków do żywności (od jogurtów, przez ryby, słodycze, pieczywo po mięso), które w wielu krajach nie należących do UE są kategorycznie zabronione , bo powodują szybki rozwój raka.
  • Tym, jak producenci oszukują nas stosując zamienniki w nazwach składników (np. zamiast E-ileśtam, piszą skrobia modyfikowana), trując nas (ŚWIADOMIE!), a my jeszcze to kupujemy i napychamy ich kieszenie pieniędzmi, pozwalamy, by ten nikczemny handel się rozwijał.
  • Tym, że kobiety w ciąży karmią siebie i swoje malutkie dzieci, które dopiero się rozwijają, pokarmami, których składniki powodują niszczenie genów swoich i rozwijającego się płodu. A później zastanawiają się skąd u małego dziecka rak, białaczka czy ADHD.
  • Tym, że dajemy dzieciom na prezent słodycze, by ujrzeć na ich twarzach uśmiech, a tak naprawdę podarowujemy im substancje rakotwórcze zamknięte w pysznym batoniku, lizaku lub żelkach.
  • Tym, że 10 lat temu na raka umierał co dwudziesty człowiek, a teraz co trzeci i nikt się tym nie przejmuje.
  • Tym, że lekarze przepisują tabletki antykoncepcyjne, za które kobiety płacą latami, by nie mieć dzieci, a później latami płacą za In vitro, żeby te dzieci mieć. Czy to nie paradoks?
  • Tym, że mamy coraz głupsze społeczeństwo, coraz bardziej otyłe, schorowane i nieszczęśliwe, a podobno nauka i medycyna się rozwija się w zawrotnym tempie, ale nie umie im pomóc. Czy to nie dziwne?
  • Tym, że bla, bla, bla…


Można tak pisać bez końca. I zastanawiać się, czy to oznacza, że wszystko jest złe? Wszystko nie, ale większość tego, co znajdziemy na półkach w sklepach. Niestety trzeba zdać sobie sprawę, że państwo o nas nie zadba i nie zahamuje sprzedaży wielu produktów, które prowadzą nas do ŚMIERCI. A nie zahamuje dlatego, że ma z tego pieniądze, ludzie kupują dużo, za trochę niższą cenę i nakręcają gospodarkę.

To nie są teorie wyssane z palca. Beata Pawlikowska pisze, że gdy jej znajomi szli do kina albo do knajpy, ona zostawała w domu i studiowała trudne fachowe lektury naukowe i typowo medyczne w języku angielskim, by poznać prawdę, a później wszystko testowała na sobie. To, co opisała, to jest wynik tych testów, które trwały wiele lat. Co dokładnie odkryła? Sprawdźcie sami – nie będę Wam odbierać tej przyjemności :)

Ja mogę napisać tylko, że obrzydło mi wiele rzeczy, które wcześniej uwielbiałam, bez których nie umiałam funkcjonować. Teraz małymi kroczkami przestawiam się na zdrowsze jedzenie (bez chemicznych dodatków). I też nie mam czasu, mam małe dziecko i milion obowiązków, ale przeorganizowałam swoje życie i (o dziwo!) ten czas znalazłam :)

I co mnie jeszcze zdziwiło? Porzucasz diety, jesz zdrowo, bez chemii, wszystko, na co masz ochotę, nie chodzisz głodna i co? Twój organizm powoli wraca na właściwy tor. Jesteś pełna energii, pomysłów, nie chorujesz, a Twoja waga POWOLI wraca do normy. Odstawiasz wszystkie suplementy i witaminy i czujesz się zdrowsza, szczęśliwsza, zaczynasz realizować swoje marzenia. Aż niemożliwe? A jednak!

Ależ się rozpisałam ;)

Moja ocena: 6/6

„Moja droga B.” Krystyna Janda


Książka, która porwała mnie bez reszty. Jest fantastyczna, wciągająca, chwilami mądra, dająca do myślenia, innym razem refleksyjna, rozgadana i zakręcona jak jej autorka. Były momenty, że nie mogłam przestać się śmiać. Mogę tu przytoczyć genialny fragment tak cudnie oddający rzeczywistość:

„Kiedy wchodzę do fryzjera w moim ukochanym miasteczku, w którym zakładów jest chyba z osiem, po prostu zagłębie zakładów fryzjerskich, nie wiadomo dlaczego zresztą, bo nikt do nich nie chodzi, fryzjerka czyta gazetę i nawet nie drgnie, kiedy staję w drzwiach. W salonie zwykle nie ma nikogo. Pytam, speszona niechętnym przyjęciem, czy mogłabym się uczesać, a wtedy ona, odgryzając kęs bułki i nadal nie ruszając się z miejsca, z pełnymi ustami pyta:
- A jak?
- Zwyczajnie – odpowiadam. – Chciałabym umyć głowę i ułożyć włosy przy użyciu szczotki.
Wtedy ona wskazuje ruchem głowy, żebym poszła do umywalki, powoli kończy jeść, w drodze do mnie wygląda przez okno, by zobaczyć, co się dzieje na ulicy, na której, jak to w małym miasteczku, nie dzieje się nic, i zaczyna mnie drapać i urywać mi głowę, czyli myć włosy.”

Przepraszam za taki długi cytat, ale nie mogłam się powstrzymać :) Jeśli chcecie więcej, polecam również opowieść o wizycie w SPA.

Naprawdę, żeby poznać bliżej panią Krystynę, wystarczy przeczytać „Moja droga B.” Co za cudowna kobieta! Taka życiowa, mądra, szczera aż do bólu, a dzięki temu daleka od dwulicowości, udawania i tym podobnych.

Moja ocena: 5/6

„Różowe tabletki na uspokojenie” Krystyna Janda



To moja pierwsza książka Krystyny Jandy. Wzięłam ją z półki w bibliotece kierowana instynktem „książkowym” i po raz kolejny mnie nie zawiódł. Nie mogłam się oderwać od tego zbioru felietonów. Chciałam więcej i więcej, a gdy się skończyły, chciałam jeszcze więcej i poszłam do biblioteki szukać kolejnych jej publikacji.

Muszę przyznać, że ma lekkie pióro. Pisze niesamowicie wciągająco, a to zapewne dlatego, że jest szczera. Skąd to wiem? Nie jest trudno to wyczuć. Jej charyzma jest zaraźliwa. A proste opowieści o codzienności dają wiele do myślenia.

„Różowe tabletki na uspokojenie” będą jedną z tych książek, do których będę chciała kiedyś wrócić – jeśli czas mi na to pozwoli ;)

Moja ocena: 5/6

wtorek, 21 kwietnia 2015

„W dżungli samotności” Beata Pawlikowska




I znowu zajrzałam do dżungli. Miałam ochotę na kolejną wyprawę z Beatą Pawlikowską. I po raz kolejny nie zawiodłam się. To była fantastyczna przygoda. Leciałyśmy na Wyspę Wielkanocną i to właśnie ta podróż była najważniejsza. Autorka razem ze swoim wewnętrznym Sherlockiem Holmesem wracając do przeszłości Beaty Pawlikowskiej, odkrywają przyczyny braku pewności siebie, niskiej samooceny i strachu przed kontaktem z ludźmi oraz pokazują drogę, jaką trzeba przejść, by pozbyć się lęków i przestać ukrywać się pod ciemnym, rozciągniętym swetrem, za dużym od kilka rozmiarów, by wtopić się w tłum.

Jeśli myślisz, że z tego beznadziejnego stanu nie można wyjść, to popatrz na Beatę Pawlikowską. Szczęśliwa, kochające siebie, będąca dla siebie najlepszym przyjacielem, spełniająca własne marzenia. Czyli jednak można? :) Wystarczy wygonić z siebie leniwca, któremu nic się nie chce. Bo samo przecież nic nie przyjdzie :)


Moja ocena: 4/6

wtorek, 17 lutego 2015

„W dżungli niepewności. Listy do M.” Beata Pawlikowska



Pewnie każdy ma takie zmienne okresy w życiu, że raz go ciągnie do powieści o miłości, innym razem do biografii, książek o podróżach, do tych, które są pełne mądrości życiowych, a jeszcze innym razem do poezji…  Mnie ostatnio naszło na książki Beaty Pawlikowskiej :)

„W dżungli niepewności” pochłonęłam w dwa popołudnia, gdy moje dziecko ucinało sobie drzemkę. Po pierwszej przeczytanej połowie z niecierpliwością czekałam na moment, kiedy znowu będę mogła kontynuować. To jak narkotyk ;)

Książka ma formę maili, które wysyłają do siebie – studentka Monika i Beata Pawlikowska. Są to autentyczne listy, które autorka książki zredagowała i opublikowała (oczywiście za zgodą dziewczyny).  Monika, jak większość młodych ludzi, ma problemy z akceptacją siebie, swojej wagi, urody, swojego charakteru, która nie potrafi odnaleźć się w świecie, który ciągle pędzi i narzuca młodym, by dostosowali się do tego tempa. Boi się przyszłości, nie umie przestać na zmianę się głodzić, a po kilku dniach objadać, uporządkować swoich myśli i marzeń.

Listy tworzą historię, która ma swój początek i koniec. Beata Pawlikowska, która sama kiedyś była taką zagubioną dziewczyną prowadzi Monikę przez jej codzienność, podpowiada wiele rzeczy, ale niczego nie narzuca, wyznaje jak wyszła z anoreksji, nienawiści do samej siebie i odnalazła akceptację, szczęście i pasje.

„W dżungli niepewności” nie jest jedną z najlepszych książek o życiu Beaty Pawlikowskiej, ale uważam ją za cenną. Jedni znajdą w niej mnóstwo ważnych wskazówek, inni może tylko jedną, ale nawet dla tej jednej warto sięgnąć po tę książkę.

Moja ocena: 4/6

„Blondynka w Brazylii” Beata Pawlikowska



„Blondynkę w Brazylii” kupiłam, bo fascynuje mnie ten kraj. Chciałabym tam kiedyś pojechać,
a może i zostać tam na zawsze :)

Beata Pawlikowska opisała takie aspekty życia w Brazylii, o których nie można przeczytać w większości informatorów i przewodników. Pisze o jedzeniu („ […] to, co świetnie smakuje tutaj w Brazylii czy w jakimś innym zakątku świata traci swój magiczny smak w Europie”], ludziach („Materialnie nie mieli prawie nic i w konkursie na wysokość oszczędności w banku przegraliby z kretesem. Ale w rozgrywkach na szczęście i umiejętność cieszenia się z życia Brazylijczycy są mistrzami świata”] i tradycyjnie o swoich przemyśleniach na temat życia, które przyszły jej do głowy w czasie pobytu w tym pięknym miejscu [„Bo skąd biorą się wątpliwości i wieczna niepewność? Stąd, że człowiek zgadza się na sytuacje i zdarzenia wobec których czuje wewnętrzny sprzeciw. I w ten sposób coraz bardziej poszerza krąg spraw, z którymi się nie zgadza, ale które stanowią część jego życia.”].

Poza wciągającym bez reszty tekstem „Blondynki w Brazylii”, można obejrzeć mnóstwo kolorowych zdjęć. Książeczka jest niewielka i niewiele kosztuje, ale jej to wystarczy, by rozkochać nas w tym pięknym kraju :)

Moja ocena: 5/6

wtorek, 23 września 2014

„Jezioro osobliwości” Krystyna Siesicka



Wróciłam do tej książki po mniej więcej piętnastu latach. Wzięłam ją ze swojej półki, bo nie miałam czasu, żeby przejść się do biblioteki. Sięgnęłam po „Jezioro osobliwości” kuszona wakacyjnym klimatem, wspomnieniami z czasów, kiedy miałam naście lat, a może i tęsknotą za tamtymi czasami. Poza tym byłam zmęczona ciężkimi, nietrafionymi lekturami z ostatnich tygodni.

Pisząc krótko, „Jezioro osobliwości, to bardzo lekka, przyjemna i niezbyt długa (dosłownie na jeden wieczór) powieść nie tylko dla młodzieży. Ja, pomimo że nie jestem już nastolatką, nie potrafię się rozstać z książkami Siesickiej :) Ciągle mam je na półkach i czasem do nich wracam… Ale przechodząc do rzeczy, „Jezioro osobliwości” na pewno wciągnie i oderwie od rzeczywistości. Szkoła, rodzina, pierwsze miłości i dylematy nastolatków – więcej nie zdradzę. No może tylko to, że zakończenie rozczarowuje, bo nadchodzi za szybko i jest zbyt banalne – przynajmniej jak dla mnie. Ale całość – jak najbardziej na TAK!


Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 7 lipca 2014

"Alfabet wspomnień" Antoni Słonimski



Kolejna nietrafiona lektura – za dużo ich w ostatnim czasie. Chciałabym napisać o książce w końcu coś pozytywnego, a tu nuda…

"Alfabet wspomnień" jest napisany ładnym, lekkim językiem, ale sama treść może być interesująca tylko dla nielicznych. Alfabetyczny spis ludzi, wydarzeń i miejsc znanych autorowi oraz krótkie ich opisy, to nie jest lektura dla każdego. Ja już po kilkudziesięciu stronach, lekko senna zaczęłam omijać hasła, które nic mi nie mówiły i z każdą stroną miałam tej książki coraz bardziej dosyć. W końcu ją zamknęłam, niedokończoną i odetchnęłam z ulgą. Uff… Nareszcie! W końcu będę mogła zabrać się za coś ciekawszego.

Słonimski tak mnie umęczył, że musiałam zrelaksować się czytając moją ukochaną Siesicką. A jeśli chodzi o "Alfabet wspomnień", jedyne co mi utkwiło w pamięci z tych przeczytanych stronic, to wątek dotyczący Leśmiana. Ten akurat polecam. Może ktoś z Was natknie się jeszcze na coś ciekawego. Mnie się to nie udało. Może go akurat ominęłam.


Książka miała dobre opinie wśród internautów i nimi się właśnie zasugerowałam wypożyczając ją z biblioteki. To już kolejna wpadka z poleconą lekturą. Może to przypadek, ale kolejnym razem posłużę się swoją intuicją i przeczuciem, może pójdzie lepiej. Bo czekam na coś wyjątkowego, chcę to porwać z biblioteki albo księgarni, zamknąć się w pokoju i czytać, czytać, czytać ;)

Moja ocena: 2/6

czwartek, 29 maja 2014

"Piesek przydrożny" Czesław Miłosz



Pierwsza moja myśl, jaka pojawiła się po przeczytaniu „Pieska przydrożnego”, była taka: dobrze, że Miłosz skupił się jednak głównie na poezji. Moim zdaniem „Piesek” nie wyszedł mu najlepiej. Moją uwagę przyciągnęło tylko kilka tekstów, które można policzyć na palcach jednej ręki. A co mnie w ogóle skusiło do przeczytania „Pieska przydrożnego”? Właśnie kilka najlepszych fragmentów, na które natknęłam się gdzieś w internecie. To one dały fałszywy obraz książki. Na szczęście nie zapłaciłam za nią dużo. Kupiłam używaną na allegro za jakieś grosze. Chciałam wypożyczyć, ale niestety moja biblioteka nie miała jej w swoich zbiorach.

Czytanie kolejnych stron „Pieska” męczyło mnie z minuty na minutę coraz bardziej. Miłosz napisał tę książkę w taki sposób, że nie pociągało mnie to w ogóle, nie interesowało co będzie na kolejnej stronie, ale szłam przez dalej licząc trochę na to, że znajdę może jakiś wartościowy fragment. Myślę, że gdyby ktoś mało znany chciał wydać dokładnie coś takiego jak „Piesek”, takie myśli zebrane, historie, wspomnienia, sny napisane jakoś tak ciężko, bez polotu, to każdy wydawca wrzuciłby taki tekst do kosza już po przeczytaniu kilku stron.

Może to trochę odważne stwierdzenie, ale uważam, że  „Piesek przydrożny” to nieudana książka, o walorach której pisze się wszędzie i mówi naciągając trochę rzeczywistość. A Nagrody Nike nie będę nawet komentować…

Szczerze, to, gdy brałam do ręki tę książkę, liczyłam na coś innego. Lubię różne teksty połączone w jedną całość, zbiory felietonów, notatek i wspomnień. Ale według mnie, Miłoszowi nie wyszło. Spośród ponad 300 stron, jest tylko kilka fragmentów, które zapadły mi w pamięci. A oto i one:

DZIEŃ STWORZENIA
„[…] Pan Bóg stworzył świat. A jak dawno temu?
Niedawno. Dzisiaj rano. Chyba przed godziną.
Bo kwiaty otwierają się, ledwo skończone” –  piękne!

BIEGAJĄ
„Zajmują się nie tym, co najważniejsze.
Biegają, jakby wierzyli, że będą żyć wiecznie.
I każde z nich dla siebie drogocenne.
I każde uważa siebie za jedyne.” – cała prawda o współczesnym świecie

 DZIECINNOŚĆ
„Poeta jako dziecko wśród dorosłych. Wie, że jest dziecinny i musi bez ustanku udawać swój udział w działaniach i obyczajach dorosłych.” –  kto pisze, ten zrozumie…

CEL
„Po jednej stronie jest jasność, ufność, wiara, piękno ziemi, zdolność ludzi do entuzjazmu, po drugiej ciemność, zwątpienie, niewiara, okrucieństwa ziemi, zdolność ludzi do zła. Kiedy piszę, pierwsza strona jest prawdziwa, kiedy nie  piszę, druga. Czyli muszę pisać […].” Tak. Muszę :)

POWIEŚĆ
„Powieść powinna zaciekawiać, porywać i wzruszać. Jeżeli nie wzrusza, brak jej cech prawdziwej powieści. Z natury sentymentalna i melodramatyczna, podobna do baśni, o czym zaczęto zapominać, kiedy obdarzono ją mnóstwem obowiązków.” Podobna do baśni – najpiękniejsza.

BAŚŃ
„Powieść jako baśń: musi być w niej słyszalny głos bajarza. Jest on obecny ze swoimi miarami dobra i zła, ale ma opowiadać nie o sobie. Gdyby opowiadał o sobie, złożyłby dowód, że brak mu dojrzałości i spokoju, czyli cech, które powinien posiadać bajarz.” Ot, cała prawda!

ŚPIEW
„Obrócona twarzą ku dolinie, kobieta śpiewa, jakby chciała pieśnią wypełnić cały obszar między pochyłością parku, rzeką i wzgórzami po drugiej stronie.” Magia :)

YOKIMURA

„Kiedyś w telewizji oglądałem cmentarz dzieci nie urodzonych, z małymi gróbkami, na których kobiety japońskie zapalają znicze, składają kwiaty.” ...

„Pozwoliłem ci na chwilę zobaczyć kwiat nasturcji oczami motyla i być motylem”.

Moja ocena: 2/6

sobota, 26 kwietnia 2014

"W dżungli podświadomości" Beata Pawlikowska



Tak się złożyło, że każdą z części tej serii zamawiałam w innej księgarni. Jako pierwszy dotarł do mnie tom II "Księga kodów podświadomości", a jako drugi tom I "W dżungli podświadomości". A że nie mogłam się powstrzymać przed przeczytaniem tego, co trzymałam w ręku, zaczęłam więc od tego, co miałam, czyli od II tomu.

Co o nim myślę, napisałam w osobnej recenzji ("Księga kodów podświadomości" Beata Pawlikowska)  Krótko pisząc - jak  dla mnie strata czasu, masło maślane itp. Natomiast tom I, który chcę tu zrecenzować - mądry, ciekawy, wciągający bez reszty.

Jeśli przeanalizujemy dokładnie to, co napisała autorka, wiele rzeczy z naszego życia, wydarzeń i emocji, zacznie układać się w jedną całość. Wiele spraw zaczniemy rozumieć i dzięki temu będziemy mogli zmienić swoje życie na lepsze. Jeśli będziemy wytrwali i konsekwentni, zaczniemy budzić się szczęśliwsi bez powodu. Ludzie zatwardziali i pełni złości do świata i samych siebie, będą się zapierać i mówić, że zapewne ta książka to jakieś bzdury. A właśnie oni powinni sięgnąć po nią jako pierwsi.

Jeśli często myślisz, że inni mają lepiej, a świat jest niesprawiedliwy...
Jeśli ciągle trafiasz na niewłaściwych mężczyzn/niewłaściwe kobiety...
Jeśli masz napady płaczu...
Jeśli nie potrafisz zrozumieć, dlaczego twoje dzieci tak się zachowują...
Jeśli jesteś zagubiona/zagubiony...
Jeśli cierpisz na bulimię albo anoreksję...
Jeśli nic ci nie wychodzi...

To ta książka jest właśnie dla Ciebie! :)

"Europa to wielki targ niewolników. Ludzie dobrowolnie zakładają na siebie łańcuchy kredytów, kajdany pożyczek, umów, zobowiązań i korporacji. Ścigają się na modele komórek i samochodów, prężą mięśnie, codziennie wystawiają się na targu niewolników w garniturach, kostiumach, pod makijażem i w wysokich obcasach. Ostatkiem sił wracają do domów. Zdejmują wyjściowe ubrania i szpilki. Jedzą byle co i byle jak, a kiedy po całym dniu biegania, załatwiania, udowadniania i walki w końcu wieczorem opadają w czeluść fotela, w głowie mają tylko ciemność. W telewizji i w radiu aksamitny głos podpowiada: Stres, pośpiech, brak czasu? Pomoże ci tabletka XXX firmy ABC. Pamiętaj, tylko jedna tabletka, od razu poczujesz się lepiej! Połykają tabletki. Czują się lepiej. Ale ciemność, rozpacz i poczucie braku sensu powraca. [...] Tak nie musi być. Sam zdecyduj co jest ważne. Kim chcesz być. Jak chcesz żyć."

Moja ocena: 5/6

wtorek, 15 kwietnia 2014

"Zaklinacz słów" Shirin Kader


Jak to możliwe, że ktoś tak pięknie pisze...?

Kiedy czytałam "Zaklinacza słów" chwilami wydawało mi się, że to nie powieść, ale poezja. Autorka delikatnie nawlekała każde słowo na niemal niewidoczną pajęczą nić mieniącą się w słońcu srebrem, tworząc magiczny instrument, na którym grała moja wyobraźnia.

Historia o Zaklinaczu Słów, który pojawił się w życiu pewnej kobiety zakochanej w baśniach orientalnych, przenosi nas do odległych krain i zaświatów naszej wyobraźni. Gabriel tak szybko jak się pojawił, tak szybko znikł. A Nina pozostała z tajemnicą... Tygodniami zastanawiała się gdzie jest ten człowiek, którego wszyscy widzieli, a nikt nie potrafi go opisać, którego wszyscy słyszeli, a nikt nie jest w stanie ująć w słowa jego magicznego głosu. Nie mogła pojąć, po co pojawił się w jej życiu, nauczył kochać każdym spojrzeniem, gestem, szeptem, przemieniając jej codzienność w baśń, a później rozpłynął się w niebycie? Szukała go między alejkami, które często mijali, czekała w ich zaklętych czterech ścianach, próbowała "zawołać wiatr, zanucić deszcz, zagwizdać tęczę z nadzieją, że może usłyszy." Dopiero po pewnym czasie dowiedziała się, że wszystko wydarzyło się po to, by mogło się wypełnić przeznaczenie.

Przenosząc się do tego fascynującego świata "Zaklinacza słów" miałam wrażenie, że znajduję się gdzieś na pograniczu snu i jawy, baśni i rzeczywistości, bo jak sama autorka pisze "żyjąc wśród baśni, nie wiesz, kiedy niepostrzeżenie stajesz się ich częścią".

Jeśli szukasz utraconej baśni, a te poszukiwania przypominają czasem ściganie uciekającego pociągu, pamiętaj, "że wciąż warto biec, nawet w nieskończoność"...

Moja ocena: 6/6

wtorek, 1 kwietnia 2014

"Obecność. Wspomnienia o Czesławie Miłoszu" Anna Romaniuk



„Przed nami ogromny Kontynent Miłosz. Kontynent, po którym możemy wędrować. Możemy poznawać Rodzinną Europę, możemy cierpieć na Ziemi Urlo, doznawać pociechy w Dolinie Issy. Zwiedzać dalsze okolice, docierać do miasta bez imienia, gdzie wschodzi słońce i kędy zapada.”

Można powiedzieć, że Czesław Miłosz kładł się spać po dobranocce. Wstawał, gdy słońce jeszcze nie budziło się ze snu, by poczytać przynajmniej trzy godziny. Gdy wybiła szósta, jadł śniadanie. Wychodził na spacer, gdy świat jeszcze przeciągał się po długiej nocy, by poczuć zapach poranka i posłuchać jak cisza gra na flecie. Po powrocie pisał do południa i tak praktycznie każdego dnia…

Uwielbiał cukierki marcepanowe, które żona przed nim chowała, by dbać o jego zdrowie. Ale on był sprytniejszy, bo często chował je do szuflady biurka i gdy tylko naszła go ochota, wyciągał jednego i zjadał ze smakiem :)

Czesław Miłosz był łakomczuchem. Zawsze zachwycał się prawdziwym polskim jedzeniem, nie bacząc na to, że dużo potraw jest smażonych i ciężkostrawnych, a mimo to przeżył swoje dwie żony (druga była młodsza od niego o 30 lat i odżywiała się „light”). A najbardziej uwielbiał śledzie – w każdej postaci. Czasami też wpadał do McDonald’sa na jakąś niezdrową przekąskę. Właśnie tam, a nie do drogiej restauracji, poszedł rodziną po ceremonii noblowskiej. To wydarzenie może być jednym z dowodów na słowa osób, które go znały, że „nie był człowiekiem rozrzutnym. Żył bardzo skromnie, wydawał mało pieniędzy, pomagał rodzinie.”

Nigdy nie odmawiał, gdy ktoś stawiał kieliszki i wódkę, ale alkoholikiem nie był i nigdy nie traktował tego trunku jako siły napędowej dopisania, ale „uwielbiał alkohol i mógł wypić przerażające jego ilości”. Najczęściej pił ze znajomymi (wśród których była Wisława Szymborska).

„Nie stronił od drobnych prac domowych. Twierdził, że lubi zmywać. Zakładał fartuch […] i dziarsko zmywał […]. Mawiał, że przy zmywaniu naczyń doskonale mu się myśli, powstają zalążki wierszy.”

Czesław Miłosz nie robił dobrego pierwszego wrażenia. Kiedy patrzył zza tych gęstych krzaczastych brwi, wydawało się, że nie jest przychylnie nastawiony do ludzi. Jednak wystarczała chwila rozmowy, by przekonać się, że jest przemiłym człowiekiem. „Nie był zadufanym w sobie poetą […] Był bardzo dobry, skromny i sympatyczny. Można się było z nim napić whisky i gadać godzinami.”

W skrócie: kilkadziesiąt fascynujących wspomnień o Czesławie Miłoszu… Wspomnień jego przyjaciół, rodziny, znajomych, wielbicieli, współpracowników. Wspomnień, które zawierają informacje, jakich nie znajdziemy w podręcznikach.

Mam nadzieję , że zachęciłam Was do sięgnięcia po tę niesamowitą książkę, która „zaraża Miłoszem”. Ja ją wypożyczyłam z biblioteki, ale bardzo bym chciała mieć ją również na swojej półce.

Moja ocena: 6/6

środa, 12 lutego 2014

"To nie jest zawód dla cyników" Ryszard Kapuściński



Książka, której nie powinien pominąć żaden dziennikarz niezależnie od wieku, doświadczenia czy stażu pracy. Ten, kto dopiero zaczyna przygodę z pisaniem, może się z tej książki wiele nauczyć i dzięki wskazówkom Ryszarda Kapuścińskiego wybrać właściwą drogę albo przynajmniej spróbować ominąć tę niewłaściwą. Natomiast doświadczony dziennikarz może przeanalizować swoją dotychczasową pracę i zadać sobie pytanie, czy to co robił dotychczas to służba człowiekowi czy krzywdzenie go tylko po to, by zarobić dużo pieniędzy.

Kapuściński nie pozwala nam zapomnieć, że wszystko co robimy w życiu, wszystko co publikujemy, zostawia ślad na zawsze zarówno na papierze, w internecie jak i życiu innych ludzi.

W tym wywiadzie jest poruszonych tak wiele kwestii, że trudno o wszystkich wspomnieć. Mogę tylko zacytować kilka fragmentów, by przybliżyć niektóre tematy.

"[...] Gdy technologia umożliwia budowę globalnej wioski, media pokazują świat w sposób powierzchowny i fragmentaryczny skupiając się niemal wyłącznie na wizytach prezydentów i zamachach terrorystycznych."

"Jest wiele technik i sposobów manipulacji. W prasie to może być decyzja o tym, co ma znaleźć się na pierwszej stronie [...]. To tylko jeden z setki sposobów. Kolejne stosowane są w radiu czy telewizji, manipulacja bez kłamstwa. W przypadku radia i telewizji nie trzeba kłamać, wystarczy nie pokazywać prawdy."

"Na ogół droga do tekstu jest tajemnicą. [...] Ja nigdy nie wiem, jak będę pisać książkę. [...] Przed rozpoczęciem pisania nie mam pojęcia, jak zmierzyć się z tematem. Dlatego czasem nawet jestem zdumiony tym, co piszę. I następnego dnia - czy jeszcze w tej samej chwili - zapominam zdania przelane na papier. Patrzę na własne teksty, jakby napisał je obcy człowiek." Pewnie wielu z nas tak ma :)

"Kiedy zacząłem opisywać kraje, w których większość ludzi żyje w ubóstwie, zdałem sobie sprawę, że właśnie temu tematowi chciałbym się poświęcić. Ubóstwo nie płacze, ubóstwo nie ma głosu. Ubodzy cierpią w ciszy, nie buntują się."

Dla ciekawskich, którzy w najbliższej przyszłości nie będą mogli sięgnąć po tę książkę, podaję kilka wskazówek Ryszarda Kapuścińskiego dotyczących pisania.

"Obok [...] wrażliwości niezmiernie cenne jest podchodzenie do pracy z poczuciem ogromnej pokory [...]".

"[...] jeśli chcemy panować nad językiem , jeśli pragniemy pięknie pisać, należy regularnie czytać poezję, być w nieustannym kontakcie z poetycką wyobraźnią, smakować słowo uprawiane przez ten gatunek."

"Powinniśmy regularnie analizować nasze teksty publikowane na przestrzeni określonego czasu i zadawać sobie pytania, czy właśnie to chcieliśmy napisać. [...] Sugeruję stworzenie swego rodzaju książki z własnymi tekstami, chociaż niekoniecznie musi być to zbiór przeznaczony do publikacji. Możemy go wykorzystać w celu samokształcenia."

Naprawdę ciekawa i wartościowa książka - polecam!

Moja ocena: 6/6

czwartek, 23 stycznia 2014

„Księga kodów podświadomości” Beata Pawlikowska





Dlaczego myślimy, że świat jest do niczego? Że życie jest bez sensu, a wszyscy ludzie są podli? Dlaczego czasem nie możemy zaznać szczęścia, mimo że zdobywamy po kolei to, co miało nam to szczęście dać? Dostajemy nową pracę, bierzemy ślub, rodzimy dziecko, stajemy się sławni… I co? I nic się nie zmienia. Tylko chwilowo czujemy radość, a później znowu wracają chwile rozpaczy, płacz bez powodu, dołek emocjonalny. Myślisz, że to norma, bo każdy musi się czasem wypłakać i poużalać nad sobą? Nieprawda! Więc dlaczego tak się dzieje? Czemu mamy wrażenie, że ciągle gonimy za szczęściem, a gdy je schwytamy okazuje się, że nie dało nam to ukojenia? Dlaczego ciągle interesujemy się życiem innych? Sąsiadów, kuzynki czy gwiazd? Oceniamy ich i krytykujemy. Czemu narzucamy innym swoje widzimisię i ciągle mówimy jak mają żyć zamiast zająć się sobą i swoimi problemami?

W „Księdze kodów podświadomości” znajdujemy odpowiedzi na te i inne pytania. Jak zawsze, Beata Pawlikowska wplata do tekstu mądrości, które wydają nam się oczywiste, ale z których często nie zdajemy sobie sprawy. Cóż za święte słowa: […] im większe [człowiek] ma problemy ze swoimi myślami i uczuciami, tym chętniej i bardziej natarczywie będzie usiłował zmienić życie innych ludzi”.

Beata Pawlikowska mówi o fałszywych kodach, które gromadzimy w swojej podświadomości i o oddziaływaniu ich na nasze życie. W książce znajdziemy też sławne żółte karteczki, za którymi wielu z nas przepada, których treści możemy często znaleźć  na fanpage’u autorki na Facebooku. Mimo wszystko nie jest to według mnie (podkreślam: według mnie) jedna z lepszych książek Beaty Pawlikowskiej. 

Co mi się w niej nie podoba? To, że często powtarza te same kwestie, tylko w inny sposób, co może i jest celowe, jak w amerykańskich poradnikach, aby komuś coś uświadomić. Myślę, że to wszystko można było zawrzeć w 200 stronach. Jeśli ktoś chce przeczytać esencję , bo nie ma ochoty wałkować w kółko tego samego, proponuję przeczytać książkę od środka do końca (nie żartuję!). Szczerze mówiąc, to im bliżej ostatnich stron, tym ciekawsza treść. Ale mimo wszystko warto po nią sięgnąć, bo każdy na pewno znajdzie choć jedno zdanie, które odnosi się do niego i może mu wiele uświadomić.

Moja ocena: 4/6

„Małomówny i rodzina” Małgorzata Musierowicz





Jeśli Twoje dzieciństwo przypadło na lata 80. lub trochę wcześniejsze, czytając „Małomównego” przeniesiesz się do tamtego okresu, doskonale poczujesz  klimat tamtych czasów i zatęsknisz za nimi.

Cały wolny czas spędzało się na dworze. Znało się wszystkie dzieci z osiedla i włócząc się po okolicy całą gromadą szukało się przygód i dobrej zabawy. Nie było dnia, żeby coś ciekawego się nie wydarzyło. Każde spotkanie ze znajomymi (czasem różnica wieku była naprawdę spora, ale to nikomu nie przeszkadzało)  oznaczało, że nie będzie nudno. Nikt nie myślał o telewizji, czasem zapominało się o jedzeniu, bo cała gromadka była zajęta dzieciństwem i czerpaniem z niego całymi garściami.

W książce Musierowicz czuje się zapach prawdziwej przyjaźni, gdzie jeden za drugiego poszedłby w ogień (to były czasy). Czuje się zapach odpowiedzialności, gdzie dorośli interesują się problemami dzieci sąsiadów jakby to były ich własne. Podadzą szklankę powideł i gorącą herbatę. Czytając „Małomównego i rodzinę” Małgorzaty Musierowicz czuje się atmosferę rodzinnego ciepła, gdzie przy kolacji siada się wspólnie do stołu, zaprasza sąsiadów i do późna rozmawia o wszystkim. Wydaje mi się, że trudno znaleźć teraz ludzi, którzy tak żyją, głównie w dużych miastach. Wielu z nas skupionych jest teraz  na sobie, wystarczają nam przyjaciele z Facebooka, z którymi niekiedy od lat nie zamienił na żywo ani słowa i rodzina, która jest gdzieś daleko... Duża część z nas tęskni do świata z książek Musierowicz i dlatego tak chętnie po nie sięga, nawet po ukończeniu 30-tki czy 50-tki. I nic w tym złego! Pełno wokół ludzi, którzy tęsknią za prawdziwym uśmiechem bliskiej osoby, rozmową z przyjacielem na starej kanapie późnym wieczorem z kubkiem gorącej herbaty w ręku, przygodą i rodzinnym ciepłem.

Jeśli chodzi o fabułę, to zdradzę tylko tyle: wakacje, wieś, grupka sprytnych dzieciaków, tajemnica, źli ludzie, literatura, miłość… Chcecie więcej? Zachęcam do przeczytania, nie tylko młodym. Ja po raz pierwszy przeczytałam „Małomównego” po 30-tce i z pewnością sięgnę po niego jeszcze raz.

Moja ocena: 5/6

„Planeta dobrych myśli” Beata Pawlikowska





Kupując  książki często kieruję się tym, co mole książkowe piszą na forach poświęconych literaturze. Szukam pośród nich tego, co wydaje mi się idealne dla mnie, co odpowiada mojemu gustowi. Wielbiciele książek podsunęli mi między innymi „Planetę dobrych myśli”. Pomyślałam, czemu nie? Czytałam wcześniej „W dżungli życia” i „W dżungli miłości” Beaty Pawlikowskiej, które były trafionym zakupem. Ustawiłam je na najwyższej półce z książkami, między tymi, które dały mi dużo domyślenia, wpłynęły na moje życie, przemyślenia i do których chętnie wracam.

Gdy „Planeta dobrych myśli” trafiła w moje ręce, przekartkowałam ją mniej więcej i stwierdziłam, że chyba niepotrzebnie kupiłam za niemałe pieniądze taką niewielką kolorową książeczkę, gdzie więcej jest obrazków niż tekstu. A że zamawiałam ją przez Internet, nie miałam możliwości zajrzeć do niej wcześniej. Nie czytając jej, odłożyłam na półkę i na jakiś czas zapomniałam o niej. Po kilku tygodniach, gdy nie miałam co czytać, otworzyłam ją i pochłonęłam od razu, nie mogąc się od niej oderwać. No cóż… Pozory czasem mylą. Ta malutka kolorowa książeczka okazała się strzałem w dziesiątkę i dołączyła do pozostałych, które dumnie stały na najwyższej półce w mojej biblioteczce.

„Planeta dobrych myśli” to zbiór motywujących historyjek i krótkich przemyśleń, które można czytać wielokrotnie, każdego dnia, po przebudzeniu i przed snem, po kolei lub losowo, by lepiej i bardziej wartościowo spędzić kolejny rok, miesiąc, dzień czy godzinę. Tyle mądrości w takiej niepozornej książce. Niesamowite! I pomyśleć, że niektórym pisarzom nie udaje się ująć tego, co najważniejsze w grubych tomiszczach.

Zakup „Planety dobrych myśli” to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Naprawdę polecam! Kilka mądrości wypisałam na kolorowych karteczkach i rozwiesiłam w domu.

Moja ocena: 6/6