piątek, 14 listopada 2014

„W Chinach jedzą księżyc” Miriam Collee


Przeczytałam tę książkę bardzo szybko, ale nie mogłam się zebrać, żeby coś o niej napisać. Lubię przelewać na papier swoje emocje zaraz po skoczeniu ostatniej strony, ale tym razem mi się to nie udało. Minęły jakieś dwa miesiące i po tym czasie pozostało we mnie kilka odczuć związanych z lekturą…

Wspominam ją bardzo pozytywnie. Jest napisana świetnie -  nie mogłam się od niej oderwać. Cieszę się, że Miriam Collee zdecydowała się opisać część swojego życia po przeprowadzce do Chin. Wielu z nas ma równie ciekawe historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego, a szkoda.

Zmagania Niemki z życiem w Chinach i z jej mieszkańcami są jak zmagania każdego z nas z chińskim sprzętem. Ogólnie nie wygląda najgorzej i jest dość tani, ale jak się zaczniesz wdrażać w jego obsługę, to okazuje się, że nie działa tak jak powinien, odpada guzik, brakuje śrubki, w zestawie jest coś innego niż pokazuje opakowanie i nie ma nikogo, kto byłby za to odpowiedzialny. To tak w skrócie  ;)

Myślę, że nie ma sensu opisywać nawet części historii opowiedzianej przez autorkę, bo straci swój urok. Najlepiej sięgnąć po książkę i posmakować Chin.

 „W Chinach jedzą księżyc” chciałabym kiedyś przeczytać jeszcze raz. Dopisałam ją do listy książek, które chciałabym mieć w swojej biblioteczce i mam nadzieję, że niedługo tak się stanie.

Moja ocena: 6/6

wtorek, 23 września 2014

„Dziecko Noego” Eric-Emmanuel Schmitt



To, co przeżyjemy w dzieciństwie, zostaje w nas na zawsze. Magia tego okresu powraca w miejscach, zapachach, melodiach, uczuciach… I trudno niekiedy opisać te wspomnienia, bo mają w sobie coś niezwykłego, co powoduje, że robi się ciepło na sercu, uśmiech na twarzy, motyle w brzuchu i tęsknotę za tym, co już nigdy nie wróci.

Dzieciństwo Josepha, mimo że nie było usłane różami, było w pewnym sensie szczęśliwe. Odłączony od rodziców, w tym okresie, kiedy dziecko ich najbardziej potrzebuje, wojna, życie w strachu w obskurnej willi ojca Ponsa, nie było jego marzeniem. Jednak ogrodzenie tego domu dziecka stało się z czasem dla Josepha bezpiecznym schronieniem. Ojciec Pons okazał się nie tylko opiekunem ale i duchowym przewodnikiem. Chłopak, któremu został powierzony pod opiekę w sierocińcu był nie tylko koniecznym złem ale z czasem stał się bratnią duszą i przyjacielem na zawsze.

Niemożliwe może nam się wydawać to, że Joseph po odnalezieniu rodziców nie chciał wrócić z nimi do domu, ale pragnął zostać w sierocińcu z ojcem Ponsem i tym, co do tej pory dawało mu poczucie bezpieczeństwa i stało się częścią jego życia. Nie chce rozstawać się z tym wszystkim, co jest związane z jego dzieciństwem. Ale większość z nas tęskni za okresem, kiedy miał kilka i kilkanaście nawet, choćby za jego fragmentami. Za beztroską, przyjaciółmi na śmierć i życie, uśmiechem babci, bujanym fotelem, smakiem konfitur, zabawą na świeżym powietrzu mimo że czasem porządnie się zmokło, szkołą mimo że czasem przyniosło się dwóję, tatą, który mimo że kochał, czasem dał klapsa. Każdy ma inne wspomnienia z tego okresu, ale niezależnie od tego czy  chodziliśmy głodni czy najedzeni, czy mieliśmy nowe czy stare trampki, do dzieciństwa mamy sentyment. Także Joseph nie chce tego tracić, nawet wiarę chce zmienić, bo czuje, że tylko Bóg, którego pokochał jako chłopiec, z którego poznawaniem wiązała się cała magia  dzieciństwa, będzie jego Bogiem na zawsze. Niestety musi zerwać z tym okresem wyjeżdżając, przyjmując wiarę swoich przodków i zaczynając nowy etap w swoim życiu...

Moja ocena: 4/6

„Jezioro osobliwości” Krystyna Siesicka



Wróciłam do tej książki po mniej więcej piętnastu latach. Wzięłam ją ze swojej półki, bo nie miałam czasu, żeby przejść się do biblioteki. Sięgnęłam po „Jezioro osobliwości” kuszona wakacyjnym klimatem, wspomnieniami z czasów, kiedy miałam naście lat, a może i tęsknotą za tamtymi czasami. Poza tym byłam zmęczona ciężkimi, nietrafionymi lekturami z ostatnich tygodni.

Pisząc krótko, „Jezioro osobliwości, to bardzo lekka, przyjemna i niezbyt długa (dosłownie na jeden wieczór) powieść nie tylko dla młodzieży. Ja, pomimo że nie jestem już nastolatką, nie potrafię się rozstać z książkami Siesickiej :) Ciągle mam je na półkach i czasem do nich wracam… Ale przechodząc do rzeczy, „Jezioro osobliwości” na pewno wciągnie i oderwie od rzeczywistości. Szkoła, rodzina, pierwsze miłości i dylematy nastolatków – więcej nie zdradzę. No może tylko to, że zakończenie rozczarowuje, bo nadchodzi za szybko i jest zbyt banalne – przynajmniej jak dla mnie. Ale całość – jak najbardziej na TAK!


Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 7 lipca 2014

"Alfabet wspomnień" Antoni Słonimski



Kolejna nietrafiona lektura – za dużo ich w ostatnim czasie. Chciałabym napisać o książce w końcu coś pozytywnego, a tu nuda…

"Alfabet wspomnień" jest napisany ładnym, lekkim językiem, ale sama treść może być interesująca tylko dla nielicznych. Alfabetyczny spis ludzi, wydarzeń i miejsc znanych autorowi oraz krótkie ich opisy, to nie jest lektura dla każdego. Ja już po kilkudziesięciu stronach, lekko senna zaczęłam omijać hasła, które nic mi nie mówiły i z każdą stroną miałam tej książki coraz bardziej dosyć. W końcu ją zamknęłam, niedokończoną i odetchnęłam z ulgą. Uff… Nareszcie! W końcu będę mogła zabrać się za coś ciekawszego.

Słonimski tak mnie umęczył, że musiałam zrelaksować się czytając moją ukochaną Siesicką. A jeśli chodzi o "Alfabet wspomnień", jedyne co mi utkwiło w pamięci z tych przeczytanych stronic, to wątek dotyczący Leśmiana. Ten akurat polecam. Może ktoś z Was natknie się jeszcze na coś ciekawego. Mnie się to nie udało. Może go akurat ominęłam.


Książka miała dobre opinie wśród internautów i nimi się właśnie zasugerowałam wypożyczając ją z biblioteki. To już kolejna wpadka z poleconą lekturą. Może to przypadek, ale kolejnym razem posłużę się swoją intuicją i przeczuciem, może pójdzie lepiej. Bo czekam na coś wyjątkowego, chcę to porwać z biblioteki albo księgarni, zamknąć się w pokoju i czytać, czytać, czytać ;)

Moja ocena: 2/6

niedziela, 22 czerwca 2014

"Błękitny chłopiec" Rakesh Satyal



Książka mignęła mi kiedyś między półkami w empiku, a po kilkunastu miesiącach trafiła w moje ręce. Nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę ją czytać. Czułam się jak dziecko, które biegnie do swojego pokoju, by otworzyć największy prezent urodzinowy i sprawdzić co tam jest.

Wydawało mi się, że zarówno okładka jak i i tytuł skrywają w sobie jakąś tajemnicę. I skrywały, ale inną niż myślałam. Podróż do świata indyjskiego chłopca okazała się monotonna, wyczerpująca i usypiająca. Czekałam na zapachy indyjskich przypraw i smaki indyjskiego życia przemykające dyskretnie przez ciekawą historię, ale ledwo przebrnęłam przez połowę książki i miałam dosyć.

Nic mnie przy niej nie chciało zatrzymać - ani bohater, który nie może się odnaleźć wśród rówieśników, bo po części czuje się dziewczynką a po części bogiem, ani jego opowieść, która jest nijaka, nie trzyma w napięciu i nie przyciąga żadną magią, zagadką, niczym...

Błękitny chłopiec zaprasza do swojego świata wielkimi czarnymi oczami z okładki książki, ale ten świat rozczarowuje. Jest nudny i przewidywalny. Na więcej słów szkoda mi czasu, bo w kolejce czeka mnóstwo ciekawych książek.

Moja ocena: 2/6

"Doskonały dzień" Richard Paul Evans



Historia o człowieku, który postanawia spełnić swoje marzenia i wydać książkę. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak książka wciąga i nie można się od niej oderwać. "Doskonały dzień" z pewnością porwie wszystkich, którzy marzą o karierze pisarskiej (można się dowiedzieć jak to wszystko wygląda od kuchni i że tak naprawdę nie jest to takie wspaniałe jak wielu się wydaje). To również powieść dla każdego, kto szuka pięknej i mądrej historii o życiu, miłości, podejmowaniu decyzji i wybieraniu właściwej drogi. Książką zachwyci się każdy, kto w życiu trochę się pogubił, utknął w martwym punkcie, stracił to, co najcenniejsze, boi się przyznać do błędu i prosić o wybaczenie.

Prosta historia, która niesie ze sobą kilka mądrości życiowych, które znamy, ale o których często zapominamy w codziennej pogoni za tym, co niekoniecznie jest najważniejsze...

Tak szczerze, to myślałam, że to będzie jakaś banalna historyjka i z jednej strony taka była, a z drugiej miała w sobie coś niezwykłego. Co? Sprawdźcie sami :)

Moja ocena: 4/6

czwartek, 29 maja 2014

"Piesek przydrożny" Czesław Miłosz



Pierwsza moja myśl, jaka pojawiła się po przeczytaniu „Pieska przydrożnego”, była taka: dobrze, że Miłosz skupił się jednak głównie na poezji. Moim zdaniem „Piesek” nie wyszedł mu najlepiej. Moją uwagę przyciągnęło tylko kilka tekstów, które można policzyć na palcach jednej ręki. A co mnie w ogóle skusiło do przeczytania „Pieska przydrożnego”? Właśnie kilka najlepszych fragmentów, na które natknęłam się gdzieś w internecie. To one dały fałszywy obraz książki. Na szczęście nie zapłaciłam za nią dużo. Kupiłam używaną na allegro za jakieś grosze. Chciałam wypożyczyć, ale niestety moja biblioteka nie miała jej w swoich zbiorach.

Czytanie kolejnych stron „Pieska” męczyło mnie z minuty na minutę coraz bardziej. Miłosz napisał tę książkę w taki sposób, że nie pociągało mnie to w ogóle, nie interesowało co będzie na kolejnej stronie, ale szłam przez dalej licząc trochę na to, że znajdę może jakiś wartościowy fragment. Myślę, że gdyby ktoś mało znany chciał wydać dokładnie coś takiego jak „Piesek”, takie myśli zebrane, historie, wspomnienia, sny napisane jakoś tak ciężko, bez polotu, to każdy wydawca wrzuciłby taki tekst do kosza już po przeczytaniu kilku stron.

Może to trochę odważne stwierdzenie, ale uważam, że  „Piesek przydrożny” to nieudana książka, o walorach której pisze się wszędzie i mówi naciągając trochę rzeczywistość. A Nagrody Nike nie będę nawet komentować…

Szczerze, to, gdy brałam do ręki tę książkę, liczyłam na coś innego. Lubię różne teksty połączone w jedną całość, zbiory felietonów, notatek i wspomnień. Ale według mnie, Miłoszowi nie wyszło. Spośród ponad 300 stron, jest tylko kilka fragmentów, które zapadły mi w pamięci. A oto i one:

DZIEŃ STWORZENIA
„[…] Pan Bóg stworzył świat. A jak dawno temu?
Niedawno. Dzisiaj rano. Chyba przed godziną.
Bo kwiaty otwierają się, ledwo skończone” –  piękne!

BIEGAJĄ
„Zajmują się nie tym, co najważniejsze.
Biegają, jakby wierzyli, że będą żyć wiecznie.
I każde z nich dla siebie drogocenne.
I każde uważa siebie za jedyne.” – cała prawda o współczesnym świecie

 DZIECINNOŚĆ
„Poeta jako dziecko wśród dorosłych. Wie, że jest dziecinny i musi bez ustanku udawać swój udział w działaniach i obyczajach dorosłych.” –  kto pisze, ten zrozumie…

CEL
„Po jednej stronie jest jasność, ufność, wiara, piękno ziemi, zdolność ludzi do entuzjazmu, po drugiej ciemność, zwątpienie, niewiara, okrucieństwa ziemi, zdolność ludzi do zła. Kiedy piszę, pierwsza strona jest prawdziwa, kiedy nie  piszę, druga. Czyli muszę pisać […].” Tak. Muszę :)

POWIEŚĆ
„Powieść powinna zaciekawiać, porywać i wzruszać. Jeżeli nie wzrusza, brak jej cech prawdziwej powieści. Z natury sentymentalna i melodramatyczna, podobna do baśni, o czym zaczęto zapominać, kiedy obdarzono ją mnóstwem obowiązków.” Podobna do baśni – najpiękniejsza.

BAŚŃ
„Powieść jako baśń: musi być w niej słyszalny głos bajarza. Jest on obecny ze swoimi miarami dobra i zła, ale ma opowiadać nie o sobie. Gdyby opowiadał o sobie, złożyłby dowód, że brak mu dojrzałości i spokoju, czyli cech, które powinien posiadać bajarz.” Ot, cała prawda!

ŚPIEW
„Obrócona twarzą ku dolinie, kobieta śpiewa, jakby chciała pieśnią wypełnić cały obszar między pochyłością parku, rzeką i wzgórzami po drugiej stronie.” Magia :)

YOKIMURA

„Kiedyś w telewizji oglądałem cmentarz dzieci nie urodzonych, z małymi gróbkami, na których kobiety japońskie zapalają znicze, składają kwiaty.” ...

„Pozwoliłem ci na chwilę zobaczyć kwiat nasturcji oczami motyla i być motylem”.

Moja ocena: 2/6